Winded Thoughts on League of Legends

ashe_horizontal

League of Legends is a game developed by Riot Games and first released in 2009 as a spiritual successor to widely cherished Defense of the Ancients, a modification made for Blizzard Entertainment’s Warcraft III: Frozen Throne. Despite its humble roots, the game has been growing exponentially since then. According to Forbes, League of Legends was the most played PC game in both North America and Europe in 2012 and has garnered the attention of Korean eSports scene, becoming the #1 most played game in the country’s PC cafés. I feel the need of pointing those things out before going on deeper into this post, because I believe it is impossible to discuss the merits of League of Legends without accounting for the drastic changes it has went through since its release.

League of Legends to gra studia Riot Games, wydana po raz pierwszy w 2009 roku jako duchowy następca Defense of the Ancients, modyfikacji do gry Blizzarda Warcraft III: Frozen Throne. Pomimo swoich skromnych początków, gra szybko zyskała na popularności. Forbes podaje, że League of Legends była najczęściej graną grą komputerową w Ameryce Północnej i Europie w 2012 roku. League przyciągnęła także uwagę koreańskich graczy, przyciągając uwagę graczy korzystających z tamtejszych kafejek internetowych. Podkreślanie tych szczegółów uważam za niezbędne przy dyskutowaniu League of Legends zważywszy na drastyczne zmiany, jakim gra ta uległa od chwili swojej premiery.

So, is League of Legends a good game? Yes, I think it’s a terrific game. But hear me out; I also think it’s an awful game. I think you should play it. I also think you shouldn’t. I can vouch League has helped me on a personal level and turned me into a better, more mentally stable person over the course of five years I have been playing it. I also think it has had a severely negative impact on my psyche and made me waste countless hours practically doing nothing. I honestly cannot stress out enough how torn I am when it comes to discussing League of Legends, to the point where the only way I can do it justice is by being contradictory. The game does well just as much as it does poorly and a huge chunk of your experience with it will be based off many factors not on the behalf of the game’s creators. Many online multiplayer games are characterized by this, it is however more prominent with games like League or Dota 2, where the maths behind the game change every year after the championship series. If you’ve played Counter-Strike 1.6, your ability to play the game will more or less seamlessly transition into its newer incarnations, since the baseline goals are always the same: defuse the bomb, plant the bomb, rescue hostages, protect hostages or kill everyone on the enemy team. No matter however what your objectives are, it’s still your reflexes and the ability to predict enemy movements that count the most. When League of Legends changes, the champion you might have loved playing as could either become reworked altogether, as was the case with Urgot or Poppy, or become unviable due to the mathematics having such an overbearing impact on how the game is played.

Czy League of Legends to dobra gra? Tak; jestem przekonany, że jest to rewelacyjna gra. Ale uwaga – jestem także przekonany, iż jest to fatalna gra. Sądzę, że każdy powinien w nią zagrać; sądzę również, że nikt nie powinien w nią grać. Mogę poświadczyć, że przez pięć lat, które spędziłem grając w nią, stałem się lepszym człowiekiem. Uważam również, że gra ta miała niezwykle rażący wpływ na mój charakter, gdy grając w nią marnowałem cenne godziny swojego życia. Nie mogę dość zaznaczyć jak rozdarty jestem w kwestii League of Legends, właściwie tak bardzo, że jedyny sposób, w jaki mogę z czystym sumieniem mówić o tej grze, jest za pomocą sprzeczności. Dobre strony są tutaj tak liczne jak i wady, a co więcej – niemała część twojego doświadczenia z grą będzie uzależniona od czynników niezwiązanych z jej techniczną stroną. Jest to stała cecha wielu sieciówek, aczkolwiek najbardziej widoczna w przypadku League albo Doty 2, gdzie matematyka rządząca grą zmienia się co roku po okresie mistrzostw. Umiejętności, jakich wymaga rozgrywka w Counter-Strike 1.6 są zgoła takie same jak te potrzebne do każdej innej inkarnacji gier z tej serii: rozbrój bombę, ochroń bombę, odbij zakładników, uwolnij zakładników czy też zastrzel wszystkich z przeciwnej drużyny. Niezależnie od typu gry, szybki refleks i umiejętność przewidywania zawsze stanowią najważniejsze atrybuty gracza. Gdy League of Legends się zmienia, postać którą do tej pory uwielbiałeś grać, mogła zostać albo kompletnie zmieniona, tak jak w przypadku Urgota albo Poppy, albo stać się kompletnie bezużyteczna w rezultacie zmian, jakie do gry postanowili wprowadzić jej twórcy.

For those of you who spent the last eight years living under a rock, I will briefly describe what a game of League generally looks like. I am going to examine the game as though you’ve never played it to give you a good grasp of what’s going on. If you are familiar with the game, you can skip the next two paragraphs altogether.

Dla tych, którzy ostatnie osiem lat życia spędzili w jaskini, pokrótce wyjaśnię na czym polega pojedyncza partyjka League. Wyjaśnię tę grę z założeniem, że nigdy w nią nie grałeś, byś lepiej zrozumiał o czym będę pisać w dalszych paragrafach. Jeśli gra nie jest ci obca, możesz pominąć dwa następujące akapity.

Before you get thrown into an actual game, you start up an application called PVP.net which helps you navigate matches and allows to interact with players you’ve befriended. When you are ready for a game, you first get placed in a queue which starts up a search for players of rating similar to yours. Once ten (or six, depending on the mode) players are found, you pick from a roster of over a hundred characters, to fight in two teams of five or three. Those characters, referred to as ‘champions’, split into several groups: bruisers, tanks, carries, casters, supports, assassins and the game might feel completely different depending on which character you choose to play as. There is no one end-it-all categorization describing the entire inventory of heroes and many players refer to their characters according to their idea of what their character plays like. Thresh is a good example of this rift between expectations and reality. He’s a heavy engage type champion who revels in being in the thick of the battle while also capable of dishing out considerable damage. It would then be fair to claim he’s a tank, right? Well, if that was the case, then we would have to compare him to considerably more durable Leona or a more combat-focused hero like Sejuani or Malphite. All four of these characters are arguably tanks, but the actual playstyle revolving around them differs from one to another. Hence it is best to approach each hero individually and use the aforementioned classifications only as guidelines. Once the game starts up, your selected champion is warped to a platform at the bottom left or top right corner inside your team’s base. You can pan the map by moving your cursor towards the edge of the screen and you issue commands to your avatar by right-clicking on the ground. You start with a limited amount of in-game money that can be spent on items. These ‘items’ do not work like in traditional role-playing games; rather, they work like trinkets that your character possess, enhancing their statistics in some transcendent way. The two bases are connected by a thick array of narrow pathways connecting different sections of the map. In simple terms, your goal is to make your way through those lanes to the enemy base and demolish a structure called the nexus. Once the nexus is destroyed, the game is over and the team with a nexus remaining wins. If you die, your killer receives a large cash bounty and you will respawn after a period of time, meaning you can effectively die an infinite number of times – as long as your nexus is in the game, you can technically still achieve victory. Most matches between casual players conclude in around forty five to fifty minutes, while games between pros usually never take longer than forty minutes.

Nim gracz zostanie przeniesiony do właściwego meczu, musi uruchomić aplikację PVP.net, pozwalającą na wyszukiwanie aktywnych gier oraz interakcję z zaprzyjaźnionymi graczami. Gdy wszystko jest naszykowane, gracz umieszczony zostaje w kolejce, podczas której wyszukiwany jest dostępny mecz z osobami o zbliżonym stopniu zaznajomienia z grą. Po odnalezieniu dziesięciu (bądź sześciu, w zależności od trybu gry) osób, wybiera się jednego spośród ponad setki postaci i gracze rozmieszczeni zostają w dwóch drużynach po pięć lub trzy osoby. Te postaci, zwane “bohaterami”, podzielone są na kilka kategorii: wojownicy, strażnicy, strzelcy, magowie, wsparcie, zabójcy. Wrażenia z gry będą kompletnie inne w zależności od bohatera, w jakiego gracz zdecyduje się wcielić. Nie istnieje jedna ostateczna kategoryzacja postaci; w istocie, wielu weteranów posługuje się własnymi definicjami w zależności od oczekiwań i doświadczeń. Doskonałym przykładem tego rozdarcia pomiędzy rzeczywistością a opisami jest Thresh. Jest on bohaterem przeznaczonym do inicjowania potyczek, przeznaczonym do przyjmowania na siebie sporej ilości obrażeń, zarazem będąc w stanie samodzielnie wyrządzić niemałą krzywdę. Wydawałoby się zatem logiczne, że zakwalifikujemy go jako strażnika, zgadza się? Cóż, w takiej sytuacji musielibyśmy porównać go do znacznie bardziej wytrzymałej Leony bądź strażników kładących większy nacisk na siłę ognia, takich jak Sejuani albo Malphite. Wszystkie te cztery postaci są strażnikami, jednakże sposób, w jaki przebiega rozgrywka przy każdej z nich, jest odmienna. Z tego też powodu lepiej jest podchodzić do wspomnianych klasyfikacji jak do szablonów. Gdy mecz się rozpoczyna, gracze zostają przeniesieni na platformy w lewym dolnym bądź prawym górnym rogu ekranu, wewnątrz bazy drużyny. Po mapie przesuwać można poprzez przesunięcie kursora myszy do krawędzi ekranu, a polecenia wydaje się bohaterowi przy pomocy prawego przycisku myszy. Każdy rozpoczyna grę z ograniczoną liczbą funduszy, które może wydać na przedmioty. Owe “przedmioty” nie figurują tak jak w tradycyjnych gier role-play; stanowią bardziej artefakty przenoszone przez bohatera w niewidzialnym plecaku i w tajemniczy sposób mające wpływ na jego siłę i zdolności. Dwie bazy połączone są gęstą siecią alejek, po których bohaterowie mogą się przemieszczać. W dużym skrócie celem obydwu drużyn jest dotarcie do bazy przeciwnej drużyny i zniszczenie tak zwanego nexusa. Zwycięstwo osiąga drużyna, która pierwsza unicestwi nexus przeciwnika. Jeżeli gracz zginie, odradza się po krótkim czasie, jednak jego zabójca otrzymuje pokaźną nagrodę pieniężną. Innymi słowy, można teoretycznie zginąć nieskończoną liczbę razy – dopóki nexus drużyny wciąż nie jest zniszczony, może ona przechylić szalę zwycięstwa. Większość meczy pomiędzy przeciętnymi graczami trwa od czterdziestu pięciu do pięćdziesięciu minut, podczas gdy mecze profesjonalne zazwyczaj nie przekraczają czterdziestu minut.

When discussing League, people often draw comparisons to its younger competitor – Dota 2, officially released in 2012. This post will not go in-depth about whichever of these two is better. My experience with Dota is limited mostly to videos and testimonies from active players, however everyone seems to agree that Dota is a slower, more complicated and much more punishing game all around. It is thus easy to see why League of Legends attracts a larger audience. The game has a relatively soft learning curve. It takes time to level up an account enough that one can play competitive matches, meaning everyone gets a plenty of time before their gameplay can affect their rank. Compared to Dota, in League you don’t have access to all the characters from the get-go; rather, playing games earns you special blue essence which you can then spend on new champions. You can also speed this process up by paying real money, although there has never been a time in League of Legends where you could buy your way through the game. The cheapest hero in the game, Master Yi, can potentially dish out as much damage as Yasuo or Jinx, both of which would take around fifty games to unlock. At any moment you can open up a respective page in your PVP.net client and read up on any champion that attracts your attention and I think this is how most people get invested in the game. The first hero I ever bought that wasn’t introduced in the tutorial was Miss Fortune, because I found her gorgeous and after reading on her backstory, decided she would be my first main.

Przy dyskusjach na temat League, ludzie często zaznaczają podobieństwa do jej młodszej konkurentki – Doty 2 – wydanej w 2012 roku. Ten wpis nie będzie usiłował zweryfikować, która z tych gier jest lepsza. Moje doświadczenia z Dotą ograniczone są głównie do krótkich filmików oraz rozmów z aktywnymi graczami, niemniej jednak wszyscy zdają się zgadzać, iż Dota jest wolniejszą, bardziej skomplikowaną i mniej wybaczającą grą. Łatwo zatem dostrzec, dlaczego League of Legends zdołała na przestrzeni lat zdobyć większe rozeznanie. Gra jest stosunkowo łatwa do nauczenia się. Każde konto zdobywa doświadczenie wymagane, aby przystąpić do gier rankingowych – tych, które faktycznie determinują kaliber gracza. W odróżnieniu od Doty, gdzie wszystkie postaci dostępne są do gry od samego początku, w League bohaterów odblokowuje się grając kolejne mecze i zbierając tak zwaną niebieską esencję. Proces ten można przyspieszyć płacąc prawdziwe pieniądze, aczkolwiek na żadnym etapie rozwoju gry nie miała miejsce sytuacja, w której gracz z funduszami miałby przewagę nad graczem, który nie wydał ani grosza. Najtańszy bohater w grze, Master Yi, może potencjalnie zadać tyle samo obrażeń, co Yasuo albo Jinx – bohaterowie, do których uaktywnienia trzeba by było ponad pięćdziesięciu gier. W każdym momencie gracz ma możliwość otwarcia odpowiedniej strony na PVP.net i przejrzenia profilu dowolnego bohatera i myślę, że w taki właśnie sposób większość graczy odnajduje swojego pierwszego ulubieńca. Moją pierwszą kupioną postacią, która nie została przedstawiona w samouczku, była Miss Fortune, gdyż ze wszystkich panien prezentowała się według mnie najlepiej i po krótkich oględzinach jej historii, zdecydowałem że nauczę się nią grać.

Every character in League of Legends is designed in a similar line of thought. They look awesome. They have some great backstories to them. Assuming I’m not mistaken, before season three, Riot Games would monthly release the Journal of Justice – a series of short stories revolving around the heroes and their interactions. Their reason for having ceased this habit (as seen in this post) was to better Riot’s ways of providing the players with League’s lore, as supposedly the journals themselves did not fulfill that role too soundly anymore. I doubt anybody sincerely bought into that excuse, seeing as these entries underlined Riot’s personal connection to their players. It seems obvious Riot needed to relocate their resources into a different field, with stories that enhanced the insights into the fictional world. Instead of those journal entries, Riot began to cater the players with slick, highly budgeted cinematics, such as ‘A Twist of Fate’ or ‘A New Dawn’. This impressive content obviously helped Riot promote their game way better than a collection of arbitrary stories that have nothing to do with the actual gameplay, but also came at the price of disregarding any attempt at maintaining the verisimilitude of League’s setting.

Każda postać w League of Legends zaprojektowana została w takim samym zamyśle. Każda wygląda zabójczo. Każda posiada jakąś niezwykłą, fantastyczną historię. Jeśli się nie mylę, to przed początkiem trzeciego sezonu Riot Games wydawali co miesiąc Dziennik Sprawiedliwości – krótkie opowiadania opowiadające o bohaterach oraz ich perypetiach. Powodem, dla którego owa seria została wstrzymana, było poświadczenie, iż Dziennik nie był w stanie dość efektownie przekazywać fabuły gry w postaci, jaka odpowiadałaby Riot. Jestem pełen zwątpienia, by ktokolwiek na serio przyjął tę wymówkę, biorąc pod uwagę, że Dzienniki wydawane były wyłącznie w rezultacie próby nawiązania przez Riot Games dialogu z graczami. Wydaje się oczywistym, że rioterzy musieli relokować swój czas i pieniądze na inne tereny, potencjalnie bardziej sprzyjające efektownemu marketingowi. Tak więc zamiast dzienników, gracze z czasem doczekali się pięknych, wysokobudżetowych animacji 3D, takich jak “A Twist of Fate” czy “A New Dawn”. Te imponujące materiały wizualne zdecydowanie lepiej nagłośniły dobre imię gry od serii naciąganych opowiadań, które i tak nie miały nic wspólnego z tym, co faktycznie działo się w czasie gry. Kosztem tego było jednak utracenie przez League pewnej spójności w kontekście świata fikcyjnego.

I would lie if I said that League of Legends artwork had little to no impact on my growth as an artist. Opening up a champion’s page allows the player to look through many of their ‘skins’, which are essentially different visual incarnations of the same character, the what-if game that Riot seems to be fond of playing. What if the redhead assassin Katarina had white hair? What if Master Yi had a lightsaber instead of a katana? All of these skins – while not affecting the gameplay – add a visual flair to your gaming experience and help convey your attitude. This is the level that the majority of players approach the game at. You don’t play what the professionals say are the viable picks – you play the character you find compelling. With almost 150 champions available as of November 2017, it’s almost guaranteed everyone will find that one character that will speak to them on a personal level. There are dozens or uniquely designed heroes, most of them drawing from high fantasy, dark fantasy, myths, medieval Europe, steampunk, orient, science fiction and many other sources. It’s almost like if you can think about any sort of character from any movie or a book, there’s a high chance they already exist in League of Legends in some way.

Musiałbym skłamać gdybym stwierdził, że grafiki stworzone na potrzeby League of Legends nie miały żadnego wpływu na mój rozwój artystyczny. Otwierając profil każdego bohatera możemy przejrzeć jego rozmaite “skórki”, będące jego rozmaitymi estetycznym inkarnacjami. Co gdyby czerwonowłosa zabójczyni Katarina miała białe włosy? Co gdyby Master Yi dzierżył w dłoniach miecz świetlny zamiast katany? Wszystkie te “skórki” – mimo że nie mają wpływu na faktyczną rozgrywkę – nadają graczom pewnego charakteru, pozwalają na autoekspresję. To na tym właśnie poziomie większość osób podchodzi do gry. Podejrzewam, że najwięcej graczy chce po prostu grać postaciami, które w jakiś sposób ich odzwierciedlają. W League of Legends jest ponad stu pięćdziesięciu bohaterów (jak na listopad 2017) i jest niemalże pewnym, iż spośród tego grona każdy znajdzie choć jedną osobowość, która przemówi do niego w osobisty sposób. Prawie wszystkie postaci stworzone zostały w duchu fantastyki, mitologii, folkloru europejskiego, orientu, steampunku, science fiction czy z wielu innych źródeł. Wydawać by się mogło, że jeżeli jesteś w stanie pomyśleć o kimkolwiek, kogo widziałeś w filmie lub o kim czytałeś w literaturze, w League znajdziesz jego odbicie.

 

Despite discarding the Journal of Justice, it seems like Riot has been trying to resurrect the lore of their game as of recent. One example of this are the ‘did you know’ screens appearing at the beginning of every match, hinting at a little bit of story behind certain characters or areas of the game. While a welcome addition, it still manages to feel half-assed and ultimately meaningless. I recall reading something about the Dormun, upon which some nomadic tribes have built entire towns, or that Jax’s favorite food is eggs… As if this was supposed to somehow spark the player’s interest. The problem with those tidbits of narration is the player doesn’t ever get to see these towns or explore the context of why is Jax so fond of that particular food. It’s like pinning up the Greek alphabet above your desk, hoping that just by looking at it every time you are bored, you will magically memorize it. These flairs bear no connection to what is happening in the actual game. In the end it feels like Riot is trying to make an illusion of elaborate lore, instead of building actual lore that would set the stage for gameplay events to occur.

I don’t think it would be a stretch to claim that League of Legends is quite possibly the hardest video game in all of history. And I mean that in every sense of the word. The amount of knowledge you need to absorb in order to become even half-decent at this game is gargantuan and even if you can accomplish that, applying the entirety of this information into a dynamically changing game can be beyond daunting. To better illustrate this, let’s examine the most basic way of acquiring funds in this game – last hitting. Remember the lanes I’ve mentioned a few paragraphs ago? There are multitudes of little cute creatures traversing through those lanes, constantly exerting against one another. These are called ‘minions’ or ‘creeps’. If you can successfully land a finishing blow on one of the enemy minions, you gain a small chunk of monetary reward. This can be extremely tricky for a number of reasons. First off, every champion in this game has a different wind-up animation for their attacks. By that I mean you don’t just click on an object and instantly inflict damage on it; rather, there is a small delay in between your right-click and the moment the minion is hit. For characters that fight from a distance you also have to account for the projectile speed. All of these subtle details have a tremendous impact on how good you are at the game. Your internet connection can also matter a lot, as a higher delay can successfully inhibit your last hitting proficiency. Every character has a different number of innate health, armor, damage and resistances and all of these values change as the game goes on. Knowing how much you can do in a specific situation, with the proper items and potential bonuses from your teammates is crucial for anyone who wants to get good.

Not only the game demands a lot of knowledge and its proper application – your reflexes also need to be on point. Players with years of experience can pull off the most mind-boggling sequences of moves in a matter of a quarter second, timing their inputs to whatever actions their on-screen avatars take. This ridiculous demand on the players’ behalf is the source of many infuriating moments, when you are absolutely, one hundred percent certain you pressed that one button before your enemy did, while in reality that split second of disadvantage has just cost you forty minutes worth of game. This is especially true for assassins like Diana, Zed, Yasuo or Fizz. There is one specific item in the game, Zhonya’s Hourglass, which renders your character invulnerable for 2.5 seconds. Even if you see a Diana player coming to decimate you and you do press the hotkey responsible for your hourglass, either your opponent might be a split second faster than you or your connection will be simply not fast enough to register that command, resulting in your loss. I have died so many times in this game with my finger furiously pressed against the hourglass hotkey that I sometimes cannot help but think the game deliberately forces you to die, just to put your determination into a test.

Aside from what I’ve mentioned about knowledge and reflexes, there is also one more variable, completely independent of you – the people you are playing with. It’s astounding how aggressive the community of this game can be, threatening to report you at every occasion. I cannot even describe how often I expect people on my team to start bombarding me with sarcastic quips after I make a bad decision. Most of this pressure stems from the rule of mutual responsibility. If you die in this game, you will not be the only one dealing with the problem of an advantageous opponent; your entire team will, the all other four people playing alongside you. And do expect them to vent their frustration on you. There are countless videos on the Internet exposing people getting enraged at their teammates, wallowing in the most gruesome threats and insults.

If you can deal with this kind of behavior however, you can often be the person carrying your team into a prominent victory. Even despite having four people calling you out, if you can keep a positive attitude and potentially turn a game around, you will be cherished. This can be the most satisfying feeling in the entire game and it’s these powerful moments of steady teamwork and unrelenting determination that many people consider the source of their motivation for playing and improving at League of Legends.

It’s not just those moments however that made League the most played PC game for a length of time. Every character makes for technically a completely different gaming experience, meaning that even though you’re playing one game, you are actually playing a plethora of over one hundred forty separate mini-games. And you can dissect and explore each of those games in dozens of different ways. The items you purchase with in-game gold can dramatically change which attributes of your character are being reinforced. There are three types of attacks in League of Legends – physical, magical and true damage, which draws its name from the fact it cannot be mitigated by any forms of damage reduction. Most items in the game increase one of several key champion statistics. These are as follows: attack damage, ability power, attack speed, movement speed, armor, magic resistance and critical strike chance. While most of them are self-explanatory, the first two ones are deceptive. The majority of champions in the game have three primary abilities and one special ability, called the ultimate. On top of that, every character in the game can inflict direct damage by literally just right-clicking an enemy. This is called a basic attack. It would be reasonable to assume then that attack damage increases your basic damage, while ability power makes your abilities stronger, right? In actuality, your abilities can scale off both your attack damage AND ability power, or only one of the two. In other words, you can purchase items to increase a trait the game calls ‘ability power’ and not have your abilities augmented in any regard. Armed with this knowledge, let’s examine a character such as Tristana. Tristana is a ranged marksman class character who focuses almost entirely on inflicting physical damage, hence she benefits the most from attack damage items. Two of her primary abilities and her ultimate are enhanced with attack damage, but one of her abilities – the rocket jump requires ability power to be effective. So potentially, we could purchase items to make Tristana effective in regard to her physical damage abilities while disregarding the only one reliant on ability power… or we could purchase exclusively ability power in order to make that one particular ability extremely powerful. Many wacky situations can arise from those experiments, like a support character whose primary role is so heal and shield their allies, but because they bought the right items, they can suddenly start inflicting massive damage with nobody expecting it. This is just one example; certain items synergize with each other, creating even more branching possibilities for whomever is patient enough to try these things out.

This is what I had in mind when I mentioned that League might be the hardest video game of all time to master. There are over two hundred and forty items in the game and knowing how they interact with every one of one hundred and forty champions makes learning an Asian language look like a walk in a park. And even with the entirety of the knowledge in place, you have to adapt to the playstyle of both your allies and competitors. Applying this knowledge under pressure can be a truly daunting task and it can look downright breathtaking seeing someone accounting for all of these encyclopedic details, while doing the business of dodging projectiles and perfectly executing sequences of abilities.

League of Legends is both one of the best and one of the worst games of all time because the vast majority of us will never be even half as good as the professionals – people who study and play the game literally for a living. Doing well in a game of League can truly improve one’s self-esteem – the sense of contributing to a won game can make a person feel very special, especially when you consider most of the players are, as it’s safe to assume, nerds. Despite its reception, I do not agree with the notion is it a game for everybody. There are multiplayer online battle arena-type games, such as Heroes of the Storm or Battlerite that put a much bigger emphasis on accessibility and streamlined gameplay, yet they don’t seem to have attracted an audience as large as League has and the reasons for this are nebulous. While I believe League of Legends is much easier to get into compared to Dota 2, it’s still an extremely punishing game with a community that turned many of my close friends – otherwise very positive and friendly persons – into steaming engines of bloodthirsty fury. There is something deeply rotten about League’s popularity; that notion that it is a place where everyone can hang out and be that one smug player with an impressive score and after outplaying you in game, call you out on your mistakes while rubbing that victory in your face. The other day I played a game where after having done moderately well in the first few minutes, someone from the enemy team would call me ‘trash’ every time he saw me making a mistake or dying. I approached them on an intellectual level, completely admitting that I am not good at the game, and despite my humility they kept calling me out and relishing in their impression that they’ve successfully made me upset. There is something deeply bestial about League of Legends and its community; a sense of dominance mixed with aggression towards strangers, some elusive idea that the game is a wrestling ring where the strong abuse the weak and everyone is expected to do extraordinarily. In reality, there is always somebody better and any sense of prowess doesn’t seem to carry much merit when there are potentially tens of thousands of players in higher ratings. Riot themselves seems to nudge players into that toxic mentality by introducing mastery emotes – golden crests that you can unlock by repeatedly playing a single champion for a long period of time. After besting an opponent, you can press ctrl+6 to make your mastery emote float above your avatar for a brief moment. These flairs serve no purpose other than to boast and taunt the enemies.

Despite many gripes I have with this game, the positives most certainly outweigh the negatives, even though I know for a fact that this will not be the case for everybody. If you’ve never played the game and considering starting up, I highly recommend you play on the North American or Australian server. You might suffer from slight connection issues if you live in Europe or anywhere else, but if you want to participate in an English-speaking community with people you can strike up a conversation with, do not play in any other region. The most of my League mileage was spent playing on the eastern European server, where the majority of players barely speak English. You might think it’s not a significant problem when all you care about is gameplay, but League is a multiplayer game where the sense of community is invaluable. Whether you care about socializing with the players or not, personally I think you will not have had the genuine League of Legends experience unless you’ve played in North America for at least a month.

Advertisements

Confidence in Oneself

The line between perfectionism and self-acceptance is somehow relatable to the line between dedication and addiction. And just like these two latter, they too can go in line and work together for one’s greater benefit.

For a quick eye, it is relatively easy to tell confidence from the lack of thereof. On top of that, it should not be too hard to tell confidence from merely a likelihood to one. (Apparently women are naturally more adapt at it due to genetical necessities of reading body language). However confidence is by no means limited to simply non-verbal forms of communication, or human behavioral patterns for that matter. At least not directly. There are vivid messages being transmitted by individuals and works of human expressive merit alike, be it within movies, video games, literature or broadly understood art.

But why even bother, you might ask? I strongly believe that the merit of confidence is often not given as much credit as we think it is. It is by and large my standpoint and how I intent to comment on it is based off my personal experiences; little ins and outs that I happen to observe within either my behavior, or that of others. Due to the nature of this blog, this post will attempt to approach the topic with reasonable concisement.

Before we get into detail, I would like to clarify that little confidence in one’s work does not comprise little confidence in oneself, even if these two subjects might be connected on a surface level. If a writer creates an blog entry on WordPress, doubting in his ability to effectively convey his thought via the medium, does that also mean the writer lacks confidence in his ability to cook or drive a car? Not necessarily. Then perhaps it would behove us to concur that true confidence should be displayed regardless of field of expertise. In other words, a person of strong conviction will believe in the highest possible merit of their action, no matter their ability. It is a rather bold statement and I do not expect anybody to follow me on it. A simple counter argument can be devised: it makes id est sense to be doubtful of one’s expertise in a field they aren’t familiar with. Moreover it seems very humbling and in good taste to display humility when faced off against a new challenge. It seems like something we are as a society taught from the craddle to subscribe to — do not pretend to know anything and always act as though you have just started. That way when you pull off something incredible, the more value you will be held with, right?

Well, let’s challenge that point of view. Whilst I do advocate for humility and consistent plight for more knowledge and ability to obtain, I do not believe it necessarily has to act in accordance with poor self confidence. It seems unwise to scorn one’s own progress judged solely on the hunch of their mileage. Is a professional racing driver with one year of field experience objectively worse than that with ten years? Absolutely, but does it have to excuse him from attempting to race with those who had already surpassed him?

This problem can be approached twofold. Let us start with the more passive one — the “nobody cares” argument. With that idea in mind, there really is no purpose in comparing oneself to better competitors and seems to favor those who do not intend on broadening the reach of their activity. Approaching a certain activity as a hobby is no less profitable and genuine than any other level of involvement — many people do not have the nerve to devote themselves completely into something and for good reasons. However in the mentioned professional racing example, there is the innate element of “professionalism”, which embodies some level of competition. Whenever competition arises, the element of comparison will be in place — it’s irreversible. Otherwise how can we know we are doing well if we are faigning ignorance over the fact there are people with better grasp of certain aspects of our craft?

This is where the danger zone starts to materialize out of the myst. The pressure of improvement is not something everybody handles easily, and in some scenarios can become a serious problem. The intense fear of not meeting the requirements is something especially artists are vulnerable to due to personal nature of their work. Most artists take critique as personal attacks, because of how deeply they are connected to the things they create. A somewhat similar situation takes place in competetitive gaming environments, where every tier of competence seems to be disdained, apart from a very thin percentage of seasoned professional players, often consensually held in great esteem thanks to streams, reddit posts, montage videos and general hype. Thus is created the unrealistic image of any successful person who had somehow popped into existance on the very top of the ladder, with anybody below that embellished pedestal considered plain bad or average at best.

It is somewhat within human nature to not hold progress or hard work in high esteem. It seems that being on top is usually more appealing that the long, painful crawl to the top. And this by no means is true. The only reason we are bound to witness the greatness of those who we are inspired by is because they did have the nerve and dedication necessary to enjoy the crawl to the top. Those few who emerge on the top are not godlike beings chosen by the cosmic laws to be the manifest of human greatness, as we like to think to ourselves, but rather ordinary people who by the power of dedication and confidence ascertained their mastery. It is pleasant to look up that one professional basketball player, capable of pulling off every trick in the book ten times faster and better than the average street Joe, but very few people get to see how much sweat was broken through every single day of that one professional player’s five years career. But the sweat does not hold any piquancy to it; the proficiency does.

Nobody wants to be bad at what they are doing, but the fear of being imperfect must never stand in front of passion for the activity itself. This is the second approach to the problem — the “good enough” mentality. At the end of the day, it is true that nobody cares how good one is in comparison to the best player or artist on the face of the Earth. What is also however true is that it doesn’t ultimately matter to one’s strife for perfection. Competence exists in the eye of the beholder. You might not be as good an artist compared to those who score two thousand favorites on deviantART for each of their work, but think about it in other way: there are many people around who wish they were even half as good as you are. You might only have 1600 MMR in whatever online game you are playing, but to those below your rating, you are someone who had already accomplished something.

Being on top is a result of long lasting dedication, strong confidence in one’s ability to make great things happen and generally smart work ethic. Don’t be part of the rat race; if you are passionate and confident in what you’re doing, the best things will be yet to come.

The Importance of Community

Hello everyone! After surviving another suicide attempt, I’ve come back to write a new astonishing article/essay, pretending to know something about things I do not know anything about. Anyway…

I have been suffering from this weird feeling of not being able to enjoy video games anymore. I could not decide whether I was actually getting old and the redundant tasks I would draw pleasure from were no longer engaging, or maybe the newer games were getting sloppy and samey. Or maybe my hardware was not enough to handle these miracles of modern ultra high resolution photorealistic graphics. Or maybe all of these factors combined?

The truth is, as much as I like to rag on how cool it was to be a 90’s kid, playing those ‘primitive’ games on the original PlayStation, I really do appreciate how the gaming as a whole has evolved. I mean, back in the early 00’s, nobody heard about the word ‘gamer’, at least in my place. When you played a game, you were simply referred to as ‘the player’ and the games themselves were maybe slightly above toys in terms of how much of a serious passion they could stand for. Nobody played games competitively; everyone just sort of picked the controller up and played the games. You didn’t even necessarily need to know the language or care about the story; so long as the controls were intuitive and the gameplay cathartic, you had fun. God forbid anyone even thought about making money off playing video games.

Now in the late 2010’s, it seems like the gaming consciousness, as a whole, began to reciprocate towards these old school standards. Just look at the vast number of indie titles completely rejecting the competitive gameplay mentality. Sure there will always be the multiplayer lot of the gaming community, hell bent on the ‘get good’ part of what makes a game, and seeing how video games have evolved over the past two decades, it’s no wonder that esports are being treated like regular sports more and more. On the opposite side of the spectrum, you’ve got all the ironically dubbed ‘walking simulators’, games like What Remains of Edith Finch which went out of their way to prove that you can actually tell a solid story using an interactive medium, such as a video game engine. There is no doubt that games are so much more than what meets the eye nowadays. There are so many things you have to stipulate on in order to fully enjoy a video game it’s almost mind-boggling. Even the all-so-complicated Final Fantasy VI or EarthBound on Super Nintendo are actually relatively simple, plug-and-play experiences with a smooth learning curve. Sure it won’t bite to take a look at the manual to figure certain things out, but the core of almost each game was very clear-cut. To reference Egoraptor, one of the biggest advantages a video game can offer is that it can teach you how to effectively play it without resorting to these obnoxious contextual pop-ups with on-screen instructions. (How good a game is in teaching you that kinda stuff is called conveyance, by the way). And because the games have changed so much, it seems justified that there are resources you have to rely on before you can throw yourself into action. Take Overwatch for example. At its core, it’s a multiplayer first-person shooter with a heavy emphasis on team play. Can you go into PVP right after having tackled the basics of control, equipped with nothing but your keen reflexes and rudimentary game knowledge? Of course, but you will face off against a bunch of people who have already figured a lot more about the game than you have; other players who had checked out every hero in the game before you did, thus giving you an innate disadvantage, because you didn’t go that one step further. Is it a good thing? Is it a bad thing? I don’t know, but it’s not stabbing pixelated monsters in Zelda anymore.

So if the video games are obviously more complex and demanding on the player’s part, and thus much more involved than they ever have been – is there actually a reason to get involved, unless you are willing to devote a lot of time to them, as far as the multiplayer scene goes? Well, yeah. There is one reason to play, even if you are never going to go beyond 1500 rating. That reason is the community.

Think about it this way – since online games are obviously competitive and you will never be able to completely finish them, considering they don’t have any true ending other than the one you are willing to bestow upon yourself, partake in them as though they were your social activities. You will probably not play a game that doesn’t do well in the gameplay department; tight controls, appealing aesthetics, a variety of playable characters, these all make up the game’s crunch (as opposed to the fluff). Now when you are playing online, you technically round up with a bunch of people who are there for the same goal – they want to see these gameplay elements in action, and possibly meet other people with insights about them. You don’t need to be the number one Widowmaker in your region to have fun and feel like you’re spending your time well. As a matter of fact, all you have to do is do your very best. Multiplayer games are designed that you always oscillate around players of skill level similar to yours. Try as hard as you can; get involved in what you are doing. Make the game you play develops your character as a gamer without placing yourself on the leaderboard and you will see how easy it will be to enthrall yourself in what’s going on. You will have people commending you for your investment, because – contrary to what you might think – friendly and involved players are hard to come by. And not every gaming community is filled with nothing but ragers and trolls. There will be other players more than happy to talk to you. You will make acquaintances, you will have something fascinating to talk about and you will have a good time – by playing a video game (!).

I would go as far as to say that the experience itself surpasses the idea of gameplay at its core, as it stands today in the amateur multiplayer scene. It’s by and large a much more expressive and creative activity and should not be regarded with the same mindset as the games from the 90’s or prior. There is obviously a lot more than just one way to enjoy a game – learning how to get good at anything can be a lot of fun, and playing video games for the story alone seems perfectly justified. But when you have a game that you cannot devote too much time off your daily schedule, and a game that won’t otherwise treat you to a well crafted and written story, don’t forget that there are other people out there, just as lonely and depressed as I am you are, looking for someone they can have fun playing with.

Thanks for reading. I’ve just launched a Facebook fanpage dedicated to my artwork. Check it out, if you’re interested:

https://www.facebook.com/noxanneart

O Postępie / The Idea of Progress

As always, if you can, please read this in English.

Mamy tendencję do kultywowania tego przekonania, że tak długo jak zamykamy się w pewnej strefie komfortu, nie ma namacalnego powodu, by brnąć dalej. Dlaczego jest to ważne? Otóż nazbyt często słyszę wzmiankę o „ustatkowaniu się”, o dotarciu do pewnego El Dorado, do którego wszyscy, zdaje się, nieustannie dążymy. Ma to także związek z owym nieszczęsnym kresem podróży, tym mistycznym końcem tęczy, na którym na każdego ciężko pracującego człowieka czekają niesłychane nagrody. Wiele osób lubi rozkoszować się tą mentalnością w duchu per aspera ad astra, gdzie około dziewięćdziesiąt pięć procent każdego godnego przedsięwzięcia składa się wyłącznie z ciężkiej pracy i jedynie może pięć procent polega na rżnięciu tych w pocie czoła zasianych dóbr.

We tend to assume that so long as the life we are making for ourselves is comfortable within our boundaries, there is little to no reason for further expansion. This is important, because I way too often hear about the supposed „have done well for yourself”, the so-called El Dorado that we are apparently all reaching for. This also comes in par with the supposed end of the journey, the magical end of the rainbow where all the good stuff awaits after years of plight. A lot of people enjoy wading through that jaded per aspera ad astra mentality where there is around ninety five percent hard work and misery of everything worthwhile you might take up and only maybe around five percent of reaping that delicious fruit of your labor.

To zwyczajnie nie jest prawdą. Mentalność wyczerpującej, pełnej nieszczęścia pracy wyrasta z próby podkreślenia własnych osiągnięć i atutów. Jest to praktyka częsta wśród kaznodziei, usiłujących usytuować promowane przezeń cnoty na piedestale zbudowanym z tej tak wielce ubóstwianej ciężkiej pracy. Nie chcę przez to powiedzieć, że osiągnięcie czegokolwiek wartościowego jest w jakikolwiek sposób łatwe, niemniej jednak „ciernie” w per aspera ad astra mają w sobie znacznie więcej romantyczności niż nam się wydaje.

This is simply not true. The ‘miserable labor’ mentality arises mostly from deliberate effort of underlining the significance of one’s accomplishments. A custom often cultivated by preachers of many sorts that try to bolster the righteousness of their conviction by putting it on a pedestal built upon the oh-so-revered ‘hard labor’. While I do not necessarily think anything is easy either, there is definitely a huge undertone of romanticism in the ‘aspera, in the per aspera ad astra saying. Obviously taking anything up and becoming good at it is a remarkable feat in itself, but it is not like anyone has become proficient at anything because they hated the process of doing it. To put it in very common speech terms, don’t tell me you don’t enjoy doing something you’re good at.

Owoce pracy są wynikiem przyjemności czerpanej z procesu siania. Osoby, którym udało się osiągnąć mistrzostwo w określonej dziedzinie, nie pokonywały tej drogi do doskonałości, nieustannie ubolewając nad niedogodnościami podróży i wyczekując upragnionego celu. W rzeczy samej wątpię, by taki hipotetyczny mistrz kiedykolwiek na pierwszym miejscu stawiał osiąganie i spoczywanie na wytycznych. Rzecz jasna bycie zdyscyplinowanym i wykonywanie tej jednej dodatkowej godziny pracy z całą pewnością ci nie zaszkodzi, jednakże nawet dyscyplina czy nadgodzinny powinny być efektem pasji płynącej z pracy.

The fruit of one’s labor comes as a result of enjoying the process of sowing. People who have come to master a certain trait have not been walking that road to mastery, doing nothing but sulking all the way up until they reached that non-existent threshold. As a matter of fact, some people could care less about hitting these milestones. Of course discpline is not a bad thing and doing that one extra mile on whatever activity you have taken up will most certainly not hurt you, but even that should come as a result of you being passionate about what you are doing.

Dlatego właśnie uważam chwalenie się godzinami pracy za nonsens. Można by zaryzykować stwierdzenie, że przechwalanie to narodziło się jako efekt wartościowania określonych czynności bardziej od innych – stawianie pięciu doskonale spędzonych godzin czynności A w opozycji do kompletnie zmarnowanych pięciu godzin czynności B. Ktoś, kto przez pięć godzin uczył się języka obcego być może lepiej spędził swój czas od osoby, która przez pięć godzin grała w Overwatcha. Jednakże co jeżeli pasja osoby uczącej się języka obcego jest równie wielka, co pasja osoby poświęconej graniu on-line? Czy pierwsza osoba jest bardziej wartościowym człowiekiem, tylko dlatego, że nauka jest sama w sobie piękna, a gry wideo to strata czasu? Szczerze, byłbym zapewne w stanie zrozumieć zarówno przychylne, jak i negatywne stanowisko wobec tego problemu. Aczkolwiek tak naprawdę nie ma to większego znaczenia – pasja wynikająca z którejkolwiek z tych czynności ma takie samo znaczenie, bez względu na to, jakie może ona mieć znaczenie pod kątem gospodarczym. Oddany gracz Overwatcha może w końcu stać się na tyle dobry, by wziąć udział w turnieju i potencjalnie wygrać masę pieniędzy, czy też zarabiać poprzez coaching lub streamy, podczas gdy osoba wkuwająca język obcy może kompletnie nie znaleźć dla niego dobrego użytku w ciągu całego swojego życia, wyjąwszy okazjonalne tłumaczenia.

This is why I find it particularly nonsensical when someone brags about a mileage of work they are doing. It has sort of evolved from our way of valuing certain activities more than others in order to better put together what is more socially valuable and profitable, all things considered. Someone who had spent five hours learning a foreign language has probably done something more worthwhile than someone who had played Overwatch for the same five hours, but what if that particular person is just as passionate about languages as the other person is passionate about online gaming? Is the first person a better person all around, because learning is beautiful and video games are a waste of time? I guess I cannot really blame you for any given answer to that question. But it ultimately does not matter – what matters is that it is completely possible and legitimate to be passionate about either of these activities the same much without necessary accounting for how profitable they are. A dedicated Overwatch player might eventually become eligible for professional scene and possibly earn thousands of dollars in tournaments or via streaming or couching, while the other person bent on studying a foreign language might never find a good use for it in their life, other than working as a freelance translator.

Innymi słowy, w rzeczywistości żadna praca nie jest ciężka, o ile jest satysfakcjonująca. Ten jeden przymiotnik ma tutaj zasadnicze znaczenie, biorąc pod uwagę jak wyrażenie ciężka praca wyewoluowało w naszym leksykonie do miana molocha, którego wyłącznie najlepsi członkowie społeczeństwa są w stanie okiełznać. Nawet takie czynności jak kulturystyka czy, dajmy na to, życie w buddyjskim klasztorze, które dla większości z nas mogłyby wydawać się niezwykle wymagające, stanowią przedmiot codzienności dla wielu. Nikt nigdy nie został mistrzem w czymkolwiek tylko i wyłącznie dla zasługi, jaką oferowało dlań mistrzostwo. Rzecz jasna unaocznienie owego dalekosiężnego celu może stanowić znakomitą motywację z początku, aczkolwiek przyjemność z samej czynności musi bezzwłocznie stać się dominująca. Powodem, dla którego mnóstwo ludzi boryka się z nadwagą jest to, że nie umieją oni postawić się w sytuacji, w której czerpaliby oni przyjemność z pocenia się na siłowni czy podczas porannego biegu przez park. Jestem to w stanie znakomicie zrozumieć, albowiem sam uwielbiam myśl, iż mógłbym spędzać bez przerwy całe dnie w swych czterech ścianach, bez konieczności wystawiania głowy za próg domu. Niemniej jednak, w kontraście do wielu cierpiących na nadwagę osób, bardzo podoba mi się także wizja beztroskiego pędzenia w stronę horyzontu aż do utraty tchu, z okazjonalną przerwą na wykonanie kilku pompek. Nie uważam tego za mozolny obowiązek, któremu poddaję się tylko z tytułu pragnienia posiadania lepszego, atrakcyjniejszego ciała. Ta sama zasada dotyczy wszystkiego.

In other words, there is no such thing as hard work, other than the satisfying hard work. This one adjective changes everything, considering how hard work has evolved in our vocabulary into this juggernaut that only the best of us have come to tame. Even the activities a lot of us might find jarring to enjoy, like bodybuilding or perhaps living in a Buddhistic monastery, are still out there to be enjoyed by many. Nobody would commit completely to anything if all they saw was the profit. Of course the idea of profit plays a gargantuan part in sparking one’s interest, but the enjoyment from the process has to take over very quickly. Reason why tons of people struggle with obesity and simply cannot wrap their heads around the idea of working out is because they do not picture themselves in gyms or jogging around the neighbourhood. And I can perfectly understand that – I enjoy the ability to corner myself up in my house for days on end. However, in contrast to most obese people, I am also very passionate about the idea of going out and sprinting carefreely into the horizon until I run out of breath, and I do not mind stopping to pull off a bunch of push-ups while I am at it. It is not a chore and I certainly do not expect anybody to respect me more, if after a few years I retain impressive physique thanks to my sports habit. The same rule applies to anything.

Wróćmy jednak do samego sedna tego artykułu – problemu, jaki poruszyłem już w tytule oraz co to właściwie znaczy „ustatkować się”. Sądzę, że co mnie w przeważającej mierze frapuje w kwestii postępu, to skojarzenia z końcowym rezultatem, jakie zdajemy się nanosić na ideę postępu. Postęp już w samej swojej definicji zawiera w sobie czynnik przemieszczenia. Gdy podróż się kończy, kończy się i postęp – pozostaje jedynie inercja. Rzecz jasna odpoczynek jest równie ważny, co samo przebywanie drogi (i jako artysta doskonale zdaję sobie z tego sprawę). Niemniej jednak prawdziwa pasja sprawia, że branie odpoczynku i powracanie do swojej wyznaczonej aktywności są jak gdyby dwiema częściami tej samej całości. Poczucie czynności i odpoczynku powinno stanowić nieodzowny element trybu pracy – wyliczanie, ile czasu przeznaczone musi zostać na każdą z nich, powinno tym samym być intuicyjne. Tak więc, zadajmy sobie wreszcie to pytanie: co to znaczy właściwie „dotrzeć do końca”? Co to znaczy odnaleźć El Dorado? Artysta Syd Mead, znany między innymi ze swoich prac do filmu Blade Runner, powiedział w swoim wywiadzie dla magazynu ImagineFX:

Emerytura niszczy poczucie tego, kim jesteśmy.

Let us however scroll back to the very essence of this article – the idea of progress and what does it mean to „have done well for oneself”. I think what bugs me here is how often progress is too badly associated with the end result (or lack of thereof). Progress in its very definition is tightly connected to the active part of reaching somewhere. Once the journey is over, there is no more progress; there is only inertia. Yes, to take a rest is just as important as to keep going and as an artist I know this first hand. But a truly burning passion will help anyone tell when the time for rest is over and the time for getting back to business is about. The sense of rest and activity (for the sake of convenience, let us just call them inertia and motion) should be a natural part of one’s working cycle – something one perhaps does not need to measure with overbearing precision, so long as they can get the job done. So with all that out of the way, what does it truly mean to reach the end? Syd Mead, an artist known for his work for Blade Runner and many other pieces of sci-fi media, said in his ImagineFX interview:

Retiring destroys one’s sense of ‘who’.

Trudno się z tym nie zgodzić. Facet ma obecnie 84 lata – jest starszy od mojego chorowitego, niezdolnego do poruszania się o własnych siłach dziadka – a mimo to dnia dzisiejszego regularnie oddaje się pracom nad nowymi dziełami. Oczywiście można to zagarnąć pod argument, że jest po prostu ubezwłasnowolniony przez swoją chorobę zawodową i nie jest przez to w stanie prawdziwie się zrelaksować. Ale dlaczegóż miałby to robić? Dlaczego miałby rezygnować z czynności, która faktycznie identyfikuje go jako człowieka? Nasza niechęć do zaaprobowania czyjegoś stylu życia zazwyczaj wynika z braku występowania u nas tak trudnej do przygaszenia pasji. Człowiek nie pracuje po to, by osiągnąć wieczny odpoczynek; człowiek odpoczywa, by móc czym prędzej wrócić do czynności.

And I could not agree more. The man is currently 84 – older than my sickly and immobile grandpa – and still works daily to ensure his deep connection with the world of art he surrounds himself with. You could chalk it up to the fact he has been working for so long he had forgotten how to take it easy and just let go. But why would he discard the very core of his identity – something he has been so passionate about almost his entire life? Our willingness to criticize a certain lifestyle will most usually spring from our own lack of true passion. We do not partake in motion for the sake of acquiring the ultimate inertia; rather, it is inertia that is a catalyst for more progress.

To także jest powodem, dla którego nigdy nie powinniśmy narzekać na aktualny stan rzeczy, niezależnie od tego, jak się one prezentują. Otyłość może być zwalczona ćwiczeniami i odpowiednią dietą; wystarczy zachęcić się do postawienia mentalnego obrazu samego siebie w parku oraz gustującego w warzywach zamiast słodyczy. Granie na instrumencie może być wyuczone, tak jak wyuczona może być matematyka czy fizyka. Lepsze życie to nic więcej jak przyjemność, jaką czerpiesz z samego bycia tutaj i czytania tych czarnych literek na białym tle z myślą, że ktoś po drugiej stronie napisał coś choć odrobinę sensownego.

This is also why there is never a good reason to hate on the current state of things, regardless of what they are. Obesity can be dealt with, so long as one can embellish a picture of themselves jogging in the park and switching that chocolate bar for a bowl of vegetables. Playing an instrument can be learned, just like maths or physics can be learned. And a better life is really the enjoyment you are having from just being here, looking at these gray letters on your monitor and reflecting upon the incredible wonder that our thoughts align together, if what I have written so far was interesting to you.

Postęp to nie pragnienie posiadania czegoś; postęp to pragnienie zdobywania czegoś.

Progress is not your willingness to have things, but rather, to make things happen.

 

A Strong Hand to Rule them All / Historię Piszą Silni

nox_stronghand

Oto i bezcenna wskazówka dla każdego: chłopaka, dziewczyny, narzeczonego, narzeczonej i tak dalej. Niezależnie od nazewnictwa, jeżeli jesteś „w związku”, posłużę ci poradą, dzięki której zatrzymasz przy sobie swoją drugą połówkę. Jeżeli jesteś aktywnie rozglądającym się za miłością singlem, ta zasada z pewnością pomoże Ci w znalezieniu sobie nie „kogoś”, ale kogoś odpowiedniego.

Here is a piece of advice for every boyfriend, girlfriend, fiancé, fiancée, etcetera. No matter what your martial status, if you are in a relationship with somebody, this tip is going to help you preserve it. And as a matter of fact, if you are single and looking for your second half, abiding to this rule is going to help you attract others to yourself.

Zawsze czyń tak, jakbyś nie potrzebował drugiej osoby do pełni swojego szczęścia.

Always act as though you never need another person for the fullest of your happiness.

Nie jest mi łatwo to wyjawić, lecz prawda jest taka: większość ludzi angażuje się w związki, gdyż brakuje im kompetencji i wytrwałości na bycie szczęśliwymi z samymi sobą. Ludzki mózg po prostu w ten sposób działa i zauważenie tego nie wymaga stopnia naukowego czy przeprowadzania niezliczonych ilości ankiet. Jeżeli wszyscy ludzie na ziemi mają ze sobą coś wspólnego, to z pewnością zamiłowanie do lenistwa. Wydaje się, mamy to w genach – lubimy bezczynność, trwałość, inercję. Gdy nie poddajemy się zmianom, nie poddajemy się jednocześnie zagrożeniom i nasze wrażenie stabilizacji się powiększa. Innymi słowy elementy zbioru, które udowodniły swoją nieskłonność do zmian, okażą się wyznacznikami spokojnej, zbilansowanej przyszłości.

I hate to break it down, but people most usually get into relationships because they feel weak and incompetent by themselves. And I do not need to support this thesis by science or results of countless surveys; this is literally how human brain works. We as human beings are, at our core, lazy and rejoice in inertia. Things which stay the way they are enhance our illusion of safety and stabilization – in other words, that which has proven insusceptible to change, will also prove imperative at sustaining safe and balanced future.

Pociągają nas ci, z którymi na pewien sposób identyfikujemy szczyty naszych ambicji. Dla jasności nie mam teraz na myśli czysto fizycznego zauroczenia; mam na myśli to uczucie, gdy czujemy motyle w brzuchu i pragniemy z drugą osobą dokonywać wszelkiej maści słodziutkich, romantycznych czynności. Być może jest ktoś w naszych życiach, obdarzony szczególną cechą, której obecność inspiruje w nas dążenie do wyłuskania tej lepszej wersji samego siebie; dopóki rzecz jasna ta osoba pozostanie w zasięgu naszych wpływów. Innymi słowy, wykazujemy tendencję do zakochiwania się w ludziach, przy których – naszym zdaniem – będziemy mieć większą szansę na samorealizację.

People become attracted to people which portray that which they identify as the peak of their aspirations. As a disclaimer, I am not talking about mere physical attraction; I mean when you actually feel the butterflies in your stomach, aching you to do cutesy things with that special someone. There may (or may not) be someone with a particular trait that impresses you, in a way that you think you will be able to become that someone you have always dreamed of becoming, if you manage to draw this person closer to you. Again, to put it simply – we get attracted to people we think we will be able to develop ourselves better with. (That wasn’t all that simple a statement after all, was it?).

Udajmy przez chwilę, że masz marzenie, aby zarabiać na życie pisząc powieści, jak J. K. Rowling albo Stephen King. Można założyć, że prędzej czy później spodoba ci się osoba, która w jakiś sposób pomaga ci stawać się lepszym w fachu pisarskim. Nie oznacza to, że z całą pewnością będzie to ktoś o podobnych aspiracjach do twoich (choć jest to prawdopodobne); wiele osób czuje potrzebę posiadania kogoś, kto zadziała w charakterze przeciwwagi do ich głównego ośrodka zainteresowań. Osoba pochłonięta czymś, co ma związek ze sztuką – przykładowo fotografią – ma sporą szansę na znalezienie wspólnego języka z innym artystą wizualnym. Jeżeli jednak to muzyka ewokuje tę iskrę do wykonywania zdjęć, to być może związek z utalentowaną muzycznie osobą stanowiłby uzupełnienie tej luki emocjonalnej. (Kobiety padają łupem chłopców z gitarami przez cały czas, ale to już zupełnie inny temat). Jeżeli jakaś niewielka nawet część ciebie nęcona jest przez nauki ścisłe bądź niszowe hobby, takie jak gry wideo czy planszówki pokroju Dungeons and Dragons, to istnieje szansa, że poczujesz zauroczenie do kogoś, kogo życie obraca się wokół takich własnie tematów. Te „ukryte” zainteresowania stanowią niekiedy największy katalizator zauroczenia, gdyż mamy świadomość, że nie będziemy w stanie wkroczyć w świat tych pasji samodzielnie, w związku z czym druga połówka spełnia rolę przewodnika. Przewodnika, któremu nieopisaną radość sprawia opowiadanie o tych wszystkich nietypowych zainteresowaniach.

Let us assume you have always wanted to become a prominent professional writer, like say, Stephen King or J. K. Rowling. It is safe to bet you will, sooner or later, become attracted to a person who has something to do with you becoming better at what you love doing. It does not imply your other half too has to be a writer, though it would be likely. A lot of people yearn for somebody who could work as a counterweight to their main field of passion – someone to draw them as an escape from their main field of interest into an auxiliary area of interest. A person already interested in something that has to do with art, like a photographer, would be likely to find a common tongue with another graphical artist; but if music is what helps them get inspired to comply with their work, it is also likely they will become attracted to a musician. (Hell, girls get attracted to guys with guitars all the time, but that’s a different story). If a part of you feels compelled to do science or participate in nerdy things, like video games or tabletop role playing games, you might fall in love with someone whose passion involves these kinds of activities, even if you have never played a video game in your life. Those ‘shady’ interests are what attracts people the most, since they feel like they cannot unravel these particular areas themselves, and so the other half serves as a guide – while they are on the other hand more than happy to show others around.

Tutaj jednakże pojawia się haczyk. Ludzie bardzo pochłonięci jakimś hobby, zazwyczaj mają bardzo mało czasu na robienie czegokolwiek, co nie ma nic wspólnego z ich głównym polem zainteresowań. Chcę przez to powiedzieć, że na ogół trudno jest przyciągnąć uwagę osoby, która już czuje się pełna wewnętrznie poprzez pasje, jakim się oddaje. Jeżeli chcesz stać się równie interesujący w oczach tej jednej, wyjątkowej osoby, musisz sprawić, by przebywanie z tobą było tak interesujące dla tej osoby, jak hobby, jakiemu się oddaje. Tak, musisz być tak fascynujący jak wyjście na rynek i robienie zdjęć kamienicy. Albo czytanie wielu różnych, fascynujących książek. Albo słuchanie muzyki. Albo nawet granie na komputerze. Musisz poznać zalety, jakie dana osoba postrzega w wykonywaniu tych czynności.

However, here is the kicker. People who are extremely passionate about something, usually have very little time outside of the subject of their interest. And by that I mean that it is not easy to attract somebody who already feels complete thanks to the passion they have dedicated themselves to. In order to be attractive in the eyes of someone you are attracted to, you have to ensure that you are just as interesting and fulfilling as what this particular person is excited about. Yes, you need to just as amazing and enticing as going out and taking pictures of antique buildings on the city square. Or reading a lot of different, fascinating books. Or listening to music. Or even playing a video game. And by saying that, I mean you have to learn what kinds of advantages does doing these activities bring along.

Omówmy ten problem na przykładzie gier sieciowych. Nie dalej jak rok temu moja znajoma narzekała, że jej chłopak poświęca jej zbyt mało czasu, ponieważ pochłonięty jest graniem w League of Legends. Nie twierdząc, iż uzależnienie od gier jest czymkolwiek pozytywnym, przyjrzyjmy się powodom, dla których ludzie popadają w takiego typu nałogi. Jako niegdysiejszy zagorzały gracz League of Legends, jestem w stanie z dużą dokładnością wskazać cechy tej gry, które czynią ją tak fascynującą. Przed tym jednak sprostujmy jedną rzecz – gry wideo to hobby jak każde inne i od fascynata gier należy się spodziewać, że będzie poświęcał on im dużo czasu. I tak jak w przypadku każdej innej pasji, potrzeba wielu lat praktyki i niezwykłej wytrwałości, by nabrać weń pewnego poziomu ekspertyzy. Niemniej jednak trudy płynące z tych zmagań wynagradzane są sowicie. Przede wszystkim – znajomości. Przyjaźni zawarte w czasie gier sieciowych trwają zazwyczaj długie lata, i to nawet, gdy jedna ze stron zrezygnuje z systematycznej rozgrywki. Ci, którzy pozostają przy grze, mają nieustannie poczucie wyzwania, któremu pragną sprostać, a gdy to się stanie, niewiele doświadczeń życiowych może się z nimi równać. Trudno jest do czegokolwiek porównać niewyobrażalną euforię, jakiej doznaje gracz po pomyślnym zakończeniu swoich serii, dających mu przepustkę do wyższej dywizji. Każdy, kto gra dla wygranej, chce zobaczyć jak daleko sięga jego determinacja, aby przeć naprzód. Gracze o wysokim rankingu mogą godzinami rozpowiadać o doświadczeniach, jakich nabrali w ciągu wielu lat gry, jakie techniki szczególnie im odpowiadają oraz jak musieli zmienić swoją mentalność, aby wspinać się wyżej. Nawet jeżeli tobie się wydaje, że chwalenie się wynikiem w grze wideo jest dziecinadą, ludzie którzy stanowią mniej niż jeden procent graczy osiągnęli coś, czego dziewięćdziesiąt dziewięć procent innych graczy – w twoich oczach być może równie uzależnionych – nie osiągnęło.

Let us break down multiplayer video games, because this is what I had heard my friend complaining about around half a year ago. Basically, her boyfriend neglected their relationship apparently due to the abundance of time he would spend playing League of Legends. Now I am not saying that a video game addiction is a good thing by no means, but people become addicted to them for a reason. Having been a dedicated League of Legends player myself at one point, I can precisely point out what is it that makes playing this game so invigorating. First off, video games are just as good as any other hobby in the world and you should expect a gamer to devote a lot of time to them. And just as with any other hobby, becoming somewhat proficient at it takes years of practice and ungodly levels of perseverance. However, the rewards you will receive for your plights are tremendous. Most importantly, you will make exceptionally strong friendships that last years, even after quitting the game. If you stay an active player, you will see that there will always be something you can improve at, giving you a consistent sensation of challenge to meet. And once these challenges are met, the feeling of gratification will be incomparable to anything else. Little in the world can come close to the view of victory screen at the end of your promotional matches. If you play competitively, you want to advance; you want to see how far you can exert yourself before you break down. You constantly are on the lookout for ways to becoming a better player, and a better person in the process. High ranking League of Legends players can rant on for hours about the experiences they have acquired over the years, what mechanics particularly click for them and what they have had taken into account while climbing the ladder. Even if you personally think that bragging about being good at a video game is a joke, the people who have hit the less than one percent of the player base tier are successful people who have accomplished something that ninety nine percent of other players – equally as addicted in your eyes, perhaps – have not achieved.

Aby coś osiągnąć w grze sieciowej, nie wystarczy tylko grać w grę sieciową – trzeba także całościowo nabrać właściwej krzepy. Być może dalej uważasz, że mówienie o grach nie ma większego przekładu na bardziej autentyczne zainteresowania; że gry to nie tylko nieproduktywne hobby, ale i niebezpieczne. Jeżeli tak jest, pomyślmy o tym w ten sposób: w League of Legends nie chodzi wyłącznie o przemieszczanie swojego bohatera z jednego punktu do drugiego, celem zdobycia dobrego wyniku, ale również o skuteczną komunikację z dziewięcioma innymi, często obcymi osobami. Gracz uczy się przewidywać zachowania, tak przeciwników, jak i członków drużyny. Rozpoznaje poziom zaawansowania różnych graczy i na tej podstawie ocenia ich skuteczność. Aby być dobrym graczem, trzeba też nauczyć się skutecznej komunikacji – jak zmotywować sojusznika do współpracy… bądź zdemoralizować oponenta, tak aby zechciał się poddać. Te właściwości rozgrywki wymagają autentycznych zdolności, które rozciągają się poza obręb samych tylko gier wideo. Jeżeli mamy życzenie, aby nasz związek był tak fascynujący jak czyjeś doświadczenie podczas wirtualnych zmagań, potrzebny jest wgląd w co kieruje ludźmi, pragnącymi sięgać po wszystkie te wspomniane osiągnięcia. Jest oczywiście prawdą, że w przypadku gier wideo dobre rozeznanie wymagałoby bezpośredniego zaciągnięcia się w temat. Moja przyjaciółka nie mogła sprostać uczuciu, że gra była dla jej chłopaka więcej warta od rozmów z nią samą, gdyż nie umiała postawić się w sytuacji, gdzie wirtualna kompetycja mogła faktycznie przynosić komuś samorealizację. Nie umiała zrozumieć, jak coś tak, wydawać by się mogło, trywialnego jak gra wideo może być bardziej fascynujące niż rozmowa z osobą, która na temat sieciowej rywalizacji nie umie za wiele powiedzieć. Być może dalej uważasz, że nawyk spędzania wielu godzin przed komputerem w celu wznoszenia się w rankingu, jest dziecinny i pretensjonalny – ale jeżeli tak jest, to związek z graczem być może od samego początku nie był dla ciebie najlepszym wyjściem.

My point is, people who have climbed many tiers in competitive games do not just play video games – they are becoming mentally sharper persons altogether. You could still argue that these are only video games and dedicating them time and effort is not only an unsophisticated hobby, but a dangerous one. If so, think about it like this: in League of Legends (or any game of its genre), you do not just move your character to attain a good score, but you also have to deal with nine different people in the same match. You are predicting other players’ behaviors and movements; your opponents’, as well as your allies’. You are trying to work out with them somehow – learning how to communicate and bringing your point across better. You learn to recognize their level of expertise and conduct your playstyle around them; see what could put off a player which poses the most threat, influence the morale of either team. These facets of the game do take authentic skill that spreads well beyond the realm of online entertainment. And if you wish your relationship to be just as sound as somebody’s avid video game experience, you have to see what is it that drives those people into going for those accomplishments. It is true, however, that in the case of video gaming, you would probably have to become invested in video games yourself in order to have a strong sense of connection to the person you are attracted to. My friend could not handle her boyfriend’s dedication to League of Legends most likely because she yearned to have him all for herself without actually taking into account why sinking hundreds of hours in the game made him feel fulfilled. She could not understand the viewpoint by which something as seemingly trivial as video games could be more exciting than spending time with someone who has nothing to say as far as online competition goes. If you think of the habit of being a hardcore gamer as childish or pretentious (and you are in a perfect position to make that claim), then perhaps there has never been anything in this person for you to seek out to begin with.

Nie wolno o tym zapominać, gdyż na tym etapie, wiele osób obiera prostą ścieżkę i usiłuje wyratować związek mimo wszystko. Postanawiają, by problem sam się rozwiązał – innymi słowy, pójdą na każde ustępstwo, dopóki pozwoli im ono zatrzymać ukochaną osobę przy sobie. Jestem przekonany, że to właśnie jest głównym ogniwem wszystkich toksycznych związków i wyjątkowo bolesnych rozstań. Gdy wiemy, że nie pozwolimy naszej drugiej połówce odejść, nawet gdy sam związek jest bez wątpienia skazany na klęskę. Klęskę, którą odwlekamy o co najwyżej parę miesięcy.

This is important, because at this point many people take the easy way out and let the problem solve itself; that it, not solve the problem at all, so long as their other half remains a part of their lives. And this is I believe why so many people go through toxic relationships that end up in devastating break ups. They know they are not going to let go of the object of their interest, even when their relationship is dead on arrival, and will go for small things here and there just so they can stay together a few months more.

I to wreszcie prowadzi mnie do ostatecznej puenty tego długiego na półtora tysiąca słów felietonu – nigdy nie powinieneś przejmować się swoim statusem matrymonialnym, bardziej niż swoim własnym szczęściem. Zamiast zapraszać innych do swojego łóżka, spraw aby to oni zechcieli zaprosić ciebie. Spraw, aby każda twoja rozmowa z kimś, przyniosła temu komuś coś pożytecznego. Może dowiedziałeś się czegoś interesującego, czym warto się podzielić? Może umiesz wywoływać uśmiech na twarzy drugiej osoby? Osoby, które w twoim mniemaniu są najbardziej czarujące, prawdopodobnie kompletnie nie zdają sobie sprawy z seksapilu, jakim emanują. Atrakcyjność jest determinowana przez styl życia – nie przez ilość zapamiętanych stronic z poradników uwodzenia. Co więcej, ludzie w ponadprzeciętnie trwałych związkach najczęściej są samowystarczalni do tego stopnia, że bez większych problemów mogliby dalej żyć w samotności, w przypadku gdyby coś zniweczyło ich stosunki. Różnica pomiędzy osobą silną a przeciętną polega na tym, że gdy silna osoba jest odrzucona, postrzega to jako klęskę nie jej samej, ale drugiej strony. Posiadanie wyjątkowo emocjonującej pasji zazwyczaj związane jest z przynależeniem do grona pełnego najrozmaitszych potencjalnych partnerów romantycznych, dlatego odrzucenie prawie nigdy nie stanowi większego problemu. Życie to nie Quo vadis – gdyby Sienkiewicz cokolwiek wiedział na temat związków, to jego Winicjusz prędko zakochałby się w kimś innym niż Ligia.

And this finally brings me to the entire point of this fifteen hundred words long article – you should never care about a relationship more than you should care about whether or not you are happy with who you are. Rather than openly inviting others under your bed sheet, make them work for it; make them want to invite you. Make it that every time someone talks to you, they learn something fascinating, or laugh, or have a good time in general. People who you find the most charming have probably very little trouble trying to be charming; their lifestyle defines their sex appeal, not the five hundred pages of How to Seduce a Woman they have memorized. And on top of that, people in very strong relationships (as in: durable relationships) are very likely self-sufficient individuals who could easily carry on without their partners, should they break up or get separated in any other way. The difference between a strong person and an average person is that a strong person, when faced with rejection, will almost never take the rejection as their defeat, but rather – their date’s. They will either immediately start looking for someone else, or – if they really want the romance to work out eventually – attempt to make a further impression on that particular person. Though the first alternative is a lot more realistic in most scenarios; having a solid passion usually means belonging to a community with a lot of other potential romantic interests. Life is not Quo vadis, you know.

Wysokie poczucie własnej wartości w ostateczności będzie przyciągać innych ludzi ku tobie, chociażby ze względu na twoją aurę bycia ponad nijakim, smętnym tłumem. Jeżeli chcesz, zamknij tej artykuł w tej chwili i zastanów się nad osobami, jakie widujesz na co dzień. Pomyśl, kim twoi znajomi będą za kilka lat – w jaki sposób ich aspiracje i zachowania odbijają się na ich charakterach, i w jaki sposób ich charaktery odbijają się na twoich relacjach z nimi? W jaki sposób ty jesteś postrzegany? Czy twoje zachowania są manifestem samozaparcia, które przyciąga do ciebie innych, czy też jesteś znany z narzekania i niedowierzania, jak źle się mają rzeczy w twoim otoczeniu? Nie próbuj się wymigać od odpowiedzi; w tej właśnie chwili jesteś najlepszą możliwą wersją samego siebie. Wszystkie twoje słowa i wszystkie twoje metody interakcji ze środowiskiem są w ostateczności ekspresją tego, kim jesteś pod sześcioma centymetrami tkanki organicznej i na tej podstawie zostaniesz doceniony, lub pozostaniesz na zawsze w cieniu innych.

Having a high self-esteem and being strong on the inside will eventually bring people closer to you, simply because they will be allured by your ability to be strikingly above everybody else in some manner. If you dare, close this article right now and think deeply about people from your everyday life. Try to predict who are they at the end of the day – what their aspirations are and how do they affect you, as a part of social discourse. How are you being perceived? Do you think you manifest strength and determination that your classmates or colleges can look up to, or maybe you are notorious for complaining and expressing disbelief at how wrong the things have turned? And do not try to fool yourself by excuses; you are the best possible version of yourself right now. All the words and all the points you make while interacting with your environment are the end result of who you are deeply below the three inches of organic coating – and people will recognize you for your actions, or for the lack of thereof.

Nie wybieraj „bezpiecznej” opcji – nie bądź z kimś tylko dla samej korzyści bycia z kimś. Oddaj całe serce samemu sobie i odkryj, kim jesteś naprawdę a odnalezienie partnera z samego końca tęczy marzeń nie okaże się trudnym zadaniem.

Do not make the mistake of choosing the ‘safe’ option – do not be with somebody just for the sake of being with somebody. Become a master at something and you will see how easy it is to find a partner from the very high-end of your dreams rainbow.

Artist Spotlight: Justyna Liwocha

02a
Wszystkie zdjęcia w tym poście są własnością / All the pictures in this post are a courtesy of: Yesforphotos.

Ten post ma na celu zaprezentowanie dorobku fotograficznego Justyny Liwochy wraz z moim komentarzem na temat jej portfolio.

The purpose of this post is to give a short overview of the photography of Justyna Liwocha (/ yoosteenah leevoha /), as well as let out the personal insights I have come to in terms of her portfolio.

Justyna nieprofesjonalnie zajmuje się fotografią od około pięciu lat. Najchętniej podejmowanym przez nią tematem jest fotografia portretowa, chociaż jeśli nadarzy się okazja, to nie powstrzyma się przed uchwyceniem w kadr zwierząt bądź krajobrazów. Jej życie w stosunkowo prowincjonalnym mieście bez wątpienia miało wpływ na zróżnicowaną tematykę, jakiej się podejmuje.

Justyna has been actively working as an amateur photographer for around five years now. She mostly specializes in portrait photography, although does not stray away from animals or landscapes. A person living in a rather provincial city, I can see where a lot of her inspiration might have come from and while peering through her gallery one can easily denote the different topics she has been trying to tackle over the years.

08

Główny nurt fotografii Justyny przynależy w moim odczuciu do kategorii, jaką lubię określać mianem miejskiej high fantasy. Widoczne jest to szczególnie w jej portretach, gdzie unaocznia się delikatna równowaga pomiędzy baśniowością a skrystalizowanym światem realnym. Jej kompozycje cechują klarowne, stroniące od nadmiaru detali tła, obecność wyrazistych kolorów oraz umiejętnie ujarzmiona rytmika. Nawet podchodząc do bardziej trywialnych tematów, takich jak klasyczne portrety, Justyna potrafi naelektryzować każde zdjęcie tak, by wyraziście przekazywało emocje skryte za obiektywem. Nie ulega wątpliwości, że artystka doskonale zdaje sobie sprawę, co chce osiągnąć przy każdym kadrze.

The style of Justyna’s main workflow is a staple of what I like to call high urban fantasy. Especially in her people focused pictures, there is a crisp vibe of something teetering in between fables and harsh reality. Her compositions are characterized by vivid, non-nonsensical backgrounds, with attention to strong color and sharp rhythms. Even when approaching more lenient themes, such as classical portraits, there is a powerful tone to each photo, as if every element in the frame was consciously working for the purpose of better conveying what truly lies beyond the camera. Experienced as she is, Justyna clearly has a firm idea of what she is bringing to the table.

19.png

Każdy uwieczniony aparatem Justyny kadr zdaje się być charakteryzowany przez odważne poczucie eskapizmu, szczególnie widocznie przy krajobrazach oraz co bardziej dynamicznych pozach. Artystka kładzie nacisk na zachowywaniu prostoty i klasyczności, niemniej z domieszką ekstrawagancji i buntu. Zapytana co pragnie osiągnąć poprzez obcowanie z fotografią, Justyna mówi o wkraczaniu do własnego świata — bardziej niż o sposobie na samorealizację.

Every single one of Justyna’s photos seem to have a strong sense of daring escapism, which is especially apparent in her landscapes and dynamic poses. There clearly is a strong emphasis on keeping it simple and classical, yet with a subtle touch of extravagant and rebellious. Asked about the reason behind what she is doing, Justyna replies photography is bridging the gap between the real world and the arcane she is on a constant lookout for — rather than being her mean of an outright creative expression.

16

Nie mogę wyzbyć się też wrażenia, że doświadczenie, jakiego Justyna nabiera fotografując miasto, odbija się na ujęciach mających miejsce poza obrębem cywilizacji. Ów mariaż tematyczny widoczny jest w portfolio, które powstało jak gdyby w oparciu o wiele lat skrupulatnej pracy w zróżnicowanym środowisku. Dzięki temu nawet pozornie trywialne ujęcia nabierają czaru, jakiego wielu innych fotografów może jedynie pozazdrościć. Na każdym zdjęciu jest zwyczajnie coś świeżego, co przyciąga naszą uwagę, nawet w sytuacji, gdy dużo ujęć cechuje pewna powtarzalność.

I cannot also shake off the impression that the expertise Justyna has amounted by putting the city under her scope has made an impact on the quality of her more backwoods photography. This marriage of subjects is clearly visible in the portfolio, assembled as though through years of dedicated work in a vast array of different environments. This makes even the seemingly trivial shots alluring, which is the least of what other amateur photographers should strive for. There is just always something fresh to draw your attention in these pictures; even if there is a tendency for repetition.

20

W gruncie rzeczy trudno jest mi znaleźć środek ciężkości w pracach Justyny, gdyż całokształt jej twórczości uważam za urzekający. Czasami coś, zdawałoby się, oczywistego po prostu działa na odbiorcę tak, jak powinno, w efekcie czego otrzymujemy niebanalne ujęcie, doskonałe pod każdym względem. Jeżeli miałbym zasugerować receptę dla Justyny, dzięki której wzniosłaby się jeszcze powyżej poziomu, na którym aktualnie się znajduje, z pewnością byłoby to skierowanie uwagi na więcej eksperymentalnych podejść. Czasami zdarza mi się narzekać na artystów, którzy — nieustannie próbując nowych rzeczy — nie umieją odnaleźć swojego głosu. W tym jednak przypadku sytuacja ma się odwrotnie. Mimo że bardzo podziwiam prace Justyny, to myślę że porwanie się na więcej surrealizmu pomogłoby jej lepiej dotrzeć do obszarów, w których mogłaby się udoskonalić. Być może tym remedium byłaby makrofotografia, której z radością ujrzałbym więcej, a która jest kwestioniwanie najsłabszą stroną artystki.

Overall it is hard for me to pinpoint exactly what Justyna excels at, since I am bewitched by the general approach of her photography as a whole. Sometimes the supposedly obvious just clicks where it should and what we get is a high quality shot that delivers in every category. If I were to point out what I think Justyna could do in order to really go above and beyond her current status would be to do more experimental work that would challenge her otherwise exceptional abilities. I sometimes complain about artists who venture off their beaten path too much, not being able to actually find their own voice, but with Justyna — as much as I admire her work — I find that more of wacky and artsy could help her get a tighter grip on the areas she needs to improve at. She does a little bit of macro-photography that I would love to see more of, even though I would argue that these are her probably least interesting pictures.

10

Krótko mówiąc, fotografia takiego kalibru przypomina nam, że osoba skryta za obiektywem stanowi więcej niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

In short, photography of this caliber goes to show there is always something more to an artist than meets the eye.

https://www.facebook.com/yesforphotos/

 

21

22

imsotired

Jeżeli ktoś z czytających to ma przy sobie broń, jeden niepotrzebny pocisk i byłby chętny do wpakowania mi go w łeb, z radością podzielę się z nim moim obecnym adresem zamieszkania.

If someone reading this has a spare handgun bullet, willing to put in my head, I would be glad to share my current home address with you.

Od wczoraj mam dwadzieścia dwa lata i oto nadszedł czas na kilka dobrze przemyślanych refleksji. Nie żebym miał gigantycznego doła i/lub był pod wpływem alkoholu, i nie mógł pogodzić się z myślą, iż niczego w życiu nie osiągnąłem i jestem na drodze do zmarnowania kolejnych dwóch miesięcy, czytając wspaniałą literaturę, która w żaden sposób nie podniesie moich szans na zdanie kolokwium z międzywojnia.

Anyway, I’m 22 now and so it’s time for some well thought-out reflections. It’s not like I’m deeply depressed and/or drunk, and can’t bear the notion I’ve accomplished nothing and am on my way to waste another two months reading fantastic literature that won’t amount into any kind of success on the exam.

Znacie tę piosenkę Maidenów Wasted Years, w której mowa o tym, że głupstwem jest patrzyć się za siebie, że czas obecny jest w istocie czasem najlepszym? Zawsze wydawało mi się nieco absurdalnym, oczekiwać lepszego czasu na przedsięwzięcie czegoś, albo reflektować nad przeszłością, która potencjalnie skrywała lepsze okazje na podjęcie się czegoś. Niemniej jednak w wieku lat 21 zawsze skrywała się pewna magia, która napawała mnie odczuciem przekraczania pewnej granicy. Gdy byłem dzieckiem i miewałem te bezmózgie momenty rozważań typu „jak to będzie za x lat”, wydawało mi się, że nigdy nie będę w gimnazjum. Że nigdy nie będę w liceum. Że nigdy nie będę na studiach. Prawdę mówiąc nigdy nie myślałem, że będę mieć dwadzieścia lat! A teraz? Nie dość, że już miałem dwadzieścia lat; miałem także dwadzieścia jeden lat; wiek, który niegdyś wydawał się absolutnie niemożliwy do osiągnięcia. A tak naprawdę to od czterdziestki dzieli mnie już jedynie osiemnaście lat, i niech mi ktoś powie, że to wydaje się teraz szaloną ilością czasu.

You know this Iron Maiden song Wasted Years, telling you you should not look back and believe the time right now is indeed your best possible time? I’ve always thought it was baffling to — in actuality — expect a better time to do something, or to reflect upon the past as the better occasion for a certain undertaking. But really, there has always been something about the age of 21 that I’d find as a kind of a threshold. When I was a kid and, you know, had these moments of brainless what’s-it’s-gonna-be, I just thought I would never be in secondary school. I had thought I would never be in high school. I thought I would never be in college. Hell I’ve never thought I would actually turn twenty some day. And now, not only I had already been twenty; I, too, had already been twenty-one — the age I’d always thought of as within the ‘that’s crazy’ realm of existence. Really I’m only 18 years away from being 40, and tell me that does not sound far-fetched or out of my reach. 

Oczywiście nie ulega wątpliwości, że czas osoby dorosłej płynie o wiele wolniej niż czas przedszkolaka. Gdy uczyliśmy się historii, strony w podręczniku poświęcone odcinkom czasu od dziesięciu do pięciu tysięcy lat przed naszą erą, zajmują tyle samo, co jeden rok z wieku dwudziestego. Gdy jest się dorosłym, cała ta stymulacja środowiskowa jest nieporównywalnie intensywniejsza, a ponadto jako osoby dorosłe mamy znacznie silniejszą wolę, aby każdy dzień czynić wartym świeczki, zamiast tylko czekać na kolejną przerwę obiadową.

Obviously the time flows at a much lower rate when you are an adult due to the intellectual strain you are putting yourself through. It’s sorta like when you are studying the history of human civilization and the handbook chapters dedicated to the spanning between 10,000 BC and 5,000 BC takes up less space than a single year of the 20th Century. There’s just much more shit happening when you are an adult and when you make a conscious effort to make every single day count, compared to when you are in kindergarten, just hanging around waiting for the next dinner break to come.

Ale nie o tym chcę tutaj napisać. Co niepokoi mnie, to że wszyscy jesteśmy pod wpływem tej iluzji, że ciągle trzymamy czas za rogi. W rzeczywistości, sekunda niemowlęcia, nastolatka czy dorosłego zawsze składa się z takiej samej ilości milisekund. Zawsze wisieć będzie nad nami to przeczucie, że pewnego dnia będziemy mieć te urodziny, które przybliżą nas o jeden rok do końca pobytu na tym pełnym łez padole. I mimo że żadne z nas nie wie, kiedy nadejdzie jego moment, każdy z nas ma też w głowie przybliżoną ilość czasu, jaką spędzi wśród żywych. Większość z nas nie będzie obchodzić stodziesiątych urodzin. Większość z nas prawdopodobnie nie będzie obchodzić Sylwestra 2100. A co więcej, już w roku 2050 nasi rodzice i część znajomych będzie już prawdopodobnie dawno nie żyła. A tymczasem wydawało się, że na zawsze będziemy w szkole podstawowej.

But that’s not what I’m here to talk about. What bothers me is that despite the illusion of us, holding a clutch on the flow of time, when it comes down to it, a second really is just a second — regardless of whether you are one, five, twelve, twenty or sixty years old. There is and there always will be the sense that some day, you are going to have a birthday that ticks another year off your lifespan. And even though you don’t know how long you are going to live, you can roughly estimate you are probably not going to make it past one hundred and ten, since only somewhere around less than one millionth of the world population does. You are probably not going to celebrate the New Year’s Eve of 2100. Not only that, by the year 2050 your parents (and some friends) are probably going to be long since gone, too. And you thought one day you were always gonna be in kindergarten or primary school.

Oczywiście można wysnuć argument, że pięćdziesiąt czy nawet sześćdziesiąt lat to więcej niż potrzeba na spełnienie marzeń i dokonanie godnego żywota. Ale jednak z umknięciem tego zaczarowanego wieku lat dwudziestu jeden, nie mogę otrząsnąć się z wrażenia, że coś naprawdę się bardzo zmieniło. Tak jakbym po raz pierwszy nie dorastał, ale… starzał się. Nie jest to już ten czas, kiedy odliczam kolejne miesiące do osiemnastki czy ukończenia nudnej, obowiązkowej szkoły. Zamiast tego, jestem już o jeden krok bliżej starości — okresu, w którym zakres moich możliwości znacznie się zawęży. Gdy patrzymy na to z tego punktu widzenia, czy ma to istotnie jakieś znaczenie? Nikt z nas nie dożyje wieku dość sędziwego, by ujrzeć jakąkolwiek istotną zmianę w świecie. (Chyba że jesteś Putinem bądź Trumpem). Świat za pół wieku będzie z grubsza taki sam i w ostateczności, wszystkie nasze aspiracje i ideały są jedynie wypadkową naszego samozaspokajania się; tego wszystkiego, co ma odciągnąć nasze myśli od prawdy, że pewnego dnia umrzemy. Wszystko co robimy, robimy po to aby udawać, że te x-dziesiąt lat życia, jakie mamy do dyspozycji, tak naprawdę coś zmienią.

Of course you could argue that the rough fifty or even maybe sixty or seventy years of being alive I’ve got left can still be more than worth living. But with this magical age of 21 finally coming to a closure, I cannot shake off the impression that something has really changed and for the first time, I’ve felt like I’m no longer waiting on becoming an adult, but rather — I’m scared that I’ve got little time left until I’m old and incapable. And when you look at it from this point of view, does it really matter? In the grand scheme of things, you are not going to live long enough to see a major shift in the world taking place. (Unless you are Donald Trump or Vladimir Putin, of course). Things in half a century from now on are probably going to be more or less the same and ultimately, we are all subjecting ourselves to the notion of self-indulgence to make these whatever-ty years of life we’ve got count.

Ale w jaki sposób te lata coś zmienią, poza paradygmatem reguł, który każdy z nas wyłuskał dla siebie a priori? Nie istnieje żaden ostateczny cel ani powszechnie zaakceptowane dobro, które wszyscy moglibyśmy uznać za szczytny i szlachetny cel. Większość liberalnych mieszkanców kręgu kultury Zachodu, zapytanych o sens życia, odpowie „sam życiu nadajesz sens”. Czy więc w sytuacji,w której ktoś mówi mi, że ma zamiar targnąć się na swoje życie, jakie ja posiadam kompetencje, by uznać poczynanie tej osoby za moralnie naganne? Jeżeli stąpamy po granicy samobójstwa, argument na czynienie sensu z życia jest właściwie najgorszą możliwą poradą — dla takiej osoby najlepszym sposobem na spędzenie życia jest po prostu zakończenie go jak najszybciej. Przeświadczenie to nie wynika z niemożności tej osoby odnalezienia sensu istnienia; dla samobójcy sensem życia jest brak życia, co jednocześnie dewaluuje sens bytowania w przestrzeni ziemskiej. Chyba że podejdziemy do sprawy z perspektywy wszechmocnego boga stworzenia, jakim niewątpliwie jesteśmy dla samych siebie, i że nasza wola jest jedyną, jaka ma istotnie znaczenie dla nas samych.

But… how do they count, aside from a paradigm of principles each of us can come up with? There is no ultimate goal or common good that we unanimously consider worth living for. If you ask any white collar kind of philosopher about what is the meaning of life, they are gonna tell ya, „the meaning of life is that which you make it”. So if someone tells me they are about to commit suicide, who am I to tell them what they are up to is morally contemptible? If you are teetering on the verge of killing yourself, then the argument of making the meaning yourself would probably be the most potent reason for you to go ahead and off yourself. It’s not that you cannot make a meaning off the life — you just have come to a conclusion that nothing ultimately makes sense, unless you approach the perspective that you are the god of your existence and your life is your truly unquestionably perpetual justice.

Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaale jeżeli tak istotnie jest, to w jaki sposób ma się to faktu, że za kilkadziesiąt lat umrzemy? Gdzie leży sens całego tego wysiłku, skoro nasza obligacja względem świata nie będzie mieć racji bytu dziesięć metrów pod ziemią? Martwi nie mogą czerpać korzyści z pracy, jakiej się podjęli. A co, może robimy to dla naszych dzieci? A może dla osób, którym jesteśmy przewodnikami, inspiracją? Nie widzę jakoś żadnych zmarłych rozmiłowanych w szlachetnych uczynkach, jakich się dopuścili za życia. W istocie, wydaje mi się, że przepełnia ich w tej kwestii leseferyzm.

Buuuuuuuuut you are going to die in a few dozen years, so how in the world is the universe of your mind worth the hustle you should put yourself through? When you’re dead, you no longer can harvest the fruit of your labor. What, your kids will? Or maybe the people you’ve inspired? I don’t see any six-feet under people overly happy over what they’ve accomplished. In fact, I’m pretty sure they are quite laissez-faire about us, the earth-dwellers.

Krótko mówiąc, nic nie ma sensu. Nikt o nas nie będzie pamiętać, a za tysiąc lat nie będzie po nas ani śladu. Taka jest prawda.

Anyway, long story short, nothing makes sense, nobody will remember us, in a thousand years all of this will be gone. It’s true. The end.

[Rozkmina] Odzobaczyć / To unsee

rozkmina

What the hell does it mean ‘I wish I could unsee’? Or to be more specific — why would you want to ‘unsee’ something anyway? Does it make you feel more comfortable to live with the complacent sense of ignorance that you might have spent your time better? Somehow?

Co u diabła oznacza „odzobaczyć”? A konkretniej — dlaczego ktokolwiek chciałby coś „odzobaczyć”? Czy czułbyś się bardziej komfortowo z beztroską myślą, iż odzobaczywszy coś, spędziłbyś swój czas lepiej? W pewien sposób?

I find it difficult to grasp the notion of ‘unsee’, as far as the majority of cultural work go. Typically the term ‘unsee’ is used whenever something nasty or cringy is on the stake. I mean, who would want to unsee something like, I don’t know, naked Megan Fox or whatever, but I bet most heterosexual men would appreciate the notion of unseeing naked… I don’t know, here put a name of any old actress you think looks awful and most men would agree.

Trudno jest mi ogarnąć koncepcję „odzobaczenia”, jeżeli mówimy o większości istniejących kulturowych dóbr. Najczęściej „odzobaczyć” odnosi się do czegoś paskudnego bądź żenującego. W sensie, kto by chciał „odzobaczyć” roznegliżowaną Megan Fox czy kogoś tam, ale większość heteroseksualnych panów pewnie doceniłaby możliwość odzobaczenia roznegliżowanej… nie wiem, wstaw tutaj imię jakiejkolwiek aktorki po sześćdziesiątce.

If we want to ‘unsee’ something, it already means we had commited to the notion of experience which led us into this kind of digust or disappointment. Truth be told, I do not believe most people would actually want to ‘unsee’ something, had it been possible. Nowadays it’s more of a meme that we use to describe how much deranged it was that which we have witnessed. And I do not mean to tell I do not catch myself doing it, either. It is a fun way of conveying emotion.

Jeżeli chcemy „odzobaczyć” coś, oznacza to, że doświadczyliśmy już wrażenia zażenowania bądź zohydzenia. Prawdę mówiąc, wątpię aby większość osób faktycznie pragnęła „odzobaczyć” cokolwiek, gdyby taka możliwość istniała. W dzisiejszych czasach to słowo jest bardziej memem, używanym do opisywania jak bardzo diabelsko wykrzywioną była rzecz, jaką mieliśmy nieprzyjemność ujrzeć. Nie chcę przez to powiedzieć, że sam tego nie robię; jest to, jakby nie patrzeć, bardzo fajne, wygodne słówko.

But since it’s become such a meme, I cannot shake off the impression there is something disturbing behind the original concept of it. ‘To unsee’ would otherwise mean to abolish the experience that you have attained, and you probably would not want that. We want to unsee only as a result of the event occurring in the first place. In fact, had it not been for the event, the notion of ‘unsee’ would be nonexistant. And because we came out of our way to, you know, talk about the unsee, maybe it is something actually worth discussing about, some space for letting your thoughts out, and that is an inherently… good thing?

Niemniej jednak odkąd stało się ono takim memem, nie mogę otrząsnąć z siebie wrażenia, że skrywa się za nim jakaś ponura idea. „Odzobaczyć” oznaczałoby odrzucenie doświadczenia, które nabyliśmy, a tego prawdopodobnie byśmy nie chcieli. Chcemy coś odzobaczyć tylko jako efekt wtórny ujrzenia czegoś w pierwszej kolejności. W istocie, gdyby ta rzecz nie istniała, koncept wtórny „odozbaczenia” nie miałby racji bytu. A ponieważ postawiliśmy się w tej sytuacji, gdzie mówimy o odzobaczeniu, może jednak rzecz, jaką chcemy odzobaczyć, jest warta dyskusji. Jest to coś, o czym warto porozmawiać. Jest to coś… dobrego?

There is never a good reason to unsee, despite how much you wish that was the case. If you came out of our way to click that forbidden thumbnail on the internet, conspicuously yelling right at your face, „there is some sick shit here”, then you have nobody to blame but yourself. And you have no reason to anyway; nothing’s bad happened to you. The year is 2017 and there are no taboos anymore. Seeing crazy shit is good for you.

Nigdy nie istnieje dobry powód, aby cokolwiek „odzobaczyć”, nieważne jak bardzo chcielibyśmy. Jeżeli porwałeś się na kliknięcie tego obskurnego linka, który jak byk mówi ci „tutaj zobaczysz coś pojebanego”, to nie powinieneś obwiniać nikogo poza samym sobą. A nawet gdybyś mógł, to nie powinieneś. Nie przytrafiło ci się bowiem nic złego. Mamy rok dwa tysiące siedemnasty i tabu nie istnieją. Oglądanie pojebanego jest dla ciebie zdrowe.

Wakacje w głąb siebie / A Summer trip into the self

nox_trip

Ten artykuł brzmi znacznie lepiej po angielsku, więc jeżeli znasz oba języki, czytaj tylko szary tekst.

„Gdzie jedziesz na wakacje” to zdanie-mem. Inaczej tego nie umiem nazwać; ilekroć je słyszę , kojarzy mi się z fasadą językową, stosowaną w charakterze przełamywania lodów, rozpoczynania czy podtrzymywania rozmowy. Zastanawia mnie, czy ktokolwiek faktycznie zadał to pytanie ze swojego zainteresowania (skądinąd generycznymi) wakacjami znajomego, spodziewając się innej odpowiedzi niż „nad gorze”. Jeżeli Czytelnik nie wie, czym jest gorze, od razu spieszę z wyjaśnieniem — „gorze” to wymyślony przeze mnie przed chwilą neologizm. Oznacza on „nad morze” bądź „w góry”, w zależności od odpowiedzi na pytanie „gdzie jedziesz na wakacje”, i może być użyte jako wstęga komentarza, gdy jesteśmy w pełni świadomości sytuacji językowych, w których się sytuujemy. (Nie mam pojęcia, jak przetłumaczę ten wyraz).

„Where are you going on vacation” is a meme. I cannot find any other words that do it justice; every time I hear that incantation of a phrase, it is like a language facade, often times devised in order to break the ice or to sustain the conversation. I truly wonder if it had ever been spoken by a person genuinely curious as to the vacation planning of their peers, expecting an answer other than to the seaside or to the mountains.

Za najlepsze wakacje mojego życia uważam lato 2016 roku; pomimo tego, że zdecydowaną jego większość spędziłem w swoim mieście, a konkretniej — między murami mojego książkowego rumowiska. Brzmi niefajnie? Błąd! W niniejszym artykule postaram się wyjawić, dlaczego tak właśnie było oraz w jaki sposób przemyślane wakacje w domu mogą zastąpić nieprzemyślane wakacje byle gdzie.

The best holiday of my life would undeniably have to be summer 2016, despite having spent the majority of it in my city, and to be more specific — right inside this yard of a library that is my reading room. If it sounds absolutely uncool, it doesn’t and in a few paragraphs I will hope to go into greater detail on how well a thought-out indoor holiday can far surpass holiday on an outside wherever.

Zastanawiam się, co jest takiego w odpoczynku z książką w fotelu, co zdaje się przytłaczać uczuciem mierności i wydaje mi się, że po części do tego doszedłem. Ludzie zdają się mieć to wykrzywione poczucie, że przebywanie w jednym miejscu siłą rzeczy wiąże się z brakiem postępu. I paradoksalnie, bardzo się z tym zgadzam, albowiem już jako przedszkolne dziecko czułem wielki lęk do powtarzalności i rutyny. Ale byłoby nieco krótkowzrocznym przypuszczać, że podróże immanentnie wiążą się z pakowaniem ulubionych letnich strojów i nieskrępowanym wojażem w odmęty natury. Czy tego chcemy czy nie, jesteśmy „niewolnikami” naszej cielesności i prawdziwie cenne doświadczenia możemy kolekcjonować na miriady sposobów. A tym właśnie są (powinny być) z definicji wakacje — nabieraniem doświadczeń.

I am wondering what is it that just screams awful when it comes to holiday spent at home and I believe I have kind of found the answer. People seem to have this jaded misconception that lingering in one place for too long does not beget any sense of progression. And ironically I do absolutely agree, since even as a child I had had this paralyzing fear that I might fall into doing something I would hate on a regular basis, and going out seemed like a good idea to drive myself apart from it. Although it would be short sighted to consider that travelling is incontrovertibly connected to packing your favorite trekking clothes and voyaging above and beyond what nature has to offer. We are confined to our somatic forms one way or another and the experiences we truly deem worthwhile are to be collected in a myriad of ways. This is what vacation should be about — to venture out in search of experience.

Rzecz jasna mógłbym sięgnąć po mój kalendarz z minionego roku i zobaczyć, co to takiego mnie zajmowało zeszłego lata, ale takie przedsięwzięcie nie poskutkowałoby zbyt interesującym artykułem. Zamiast tego, postaram się zdjąć mroki tajemnicy z procesów, jakim mentalnie podlegałem przez te trzy miesiące i dzięki którym stałem się całościowo lepszą osobą. Chcę przy tym też wyraźnie podkreślić — nie miałem styczności ze zbyt wieloma książkami zwyczajnie dlatego, że książki nie kształcą mnie tak mocno jak malarstwo. W tej właśnie kwestii leży odpowiedź na całą tę nurtującą nas problematykę. Poddać się w całości wyzwaniu, na które w innym wypadku nie mielibyśmy czasu ani zacięcia to doskonały powód, aby na wybrany odcinek czasu otoczyć się wyłącznie pierwiastkami naszego intymnego światka.

Of course I could reach for my calendar from the past year and look up what it is exactly that I had been preoccupied with during the last summer, but that is not very cool. Instead, will just attempt to go about how I think I have managed to become a much better person all around thanks to the spiritual journey into my own self that I had undergone in the period of three months. And I am going to get this out of the way right up front — I did not read a whole lot. In fact, I do not consider myself that much of a book shark, simply because for the most time, books do not have as much impact on me as painting does. And this is precisely where the answer to all of this lies. Focusing on a challenge you would otherwise not have the time or grit to devote yourself to is a perfect reason for a vacation spent exclusively within the world you shape as you see fit.

Dla osoby z zewnątrz to z pewnością nie zdaje posiadać znamion wyjątkowo pociągającej wizji. Niemniej w rzeczywistości, sztuka jest ledwie jedną z niezliczonych kategorii, które możemy uczynić środkiem ciężkości dla tych pokładów czasu, w jakich jesteśmy posiadaniu. Osobowość internetowa John Bain, znany lepiej jako TotalBiscuit, w swoim wideo na temat skrzynek w Overwatchu argumentował możliwość kupowania akcesoriów mówiąc, że posiada „więcej pieniędzy niż czasu”. Wypowiedź ta spodobała mi się, gdyż uzewnętrznia, w jaki sposób nasz czas może być niezastąpionym środkiem w docieraniu do celu, a myślenie o tym kluczowe jest w maksymalizowaniu korzyści, jakie mogą wypłynąć z letnich wczasów. To nie siedzenie za biurkiem ani leżenie plackiem na piasku sprawia, że stajemy się lepsi jako ludzie, ale kwestia, czy takie postępowanie faktycznie pociąga za sobą pożądane konsekwencje (tutaj: naukę bądź wypoczynek). Czynności z półki „intelektualnej”, takie jak czytanie czy malowanie, łatwo jest uznać za „niefajne”, gdy nie jesteśmy w stanie dostrzec osiągnięć, do jakich dążą osoby kultywujące te czynności. Tak więc z szerszej perspektywy, nasze postrzeganie wakacji jako okresu, w którym można wyłączyć mózg, staje się bardziej naturalne, ponieważ przyzwyczajamy się do kojarzenia wysiłku umysłowego z rutyną i apatią dni pracujących. A ponieważ, drogi Czytelniku, jesteś już bagatela na piątym paragrafie tego artykułu, z pewnością nie trudno było Ci wysnuć wniosek, iż kompletnie powyższą myśl odrzucam, albowiem uwielbiam się uczyć. Myśl, że mogę wznieść swoją własną twierdzę ze sztalug, zamknąć się w jej wnętrzu i ogłosić jej suwerenem, nie jest dla mnie jedynie rozrywką, lecz także nosi cechy egzotyzmu, gdyż zwyczajnie nie jest to coś, na co mogę sobie pozwolić w ciągu roku akademickiego. Jeżeli brzmi to dziwacznie, to tylko dlatego, że takie w całości jest.

To an outsider, this might not sound like a particularly enticing idea. But in reality, art is only one of the unlimited arrangements you can establish as a center of gravity for the supply of time you have at your disposal. Internet personality John Bain, better known as TotalBiscuit, while monologuing about Overwatch loot boxes, has made a statement that he is a person with „more time than money” and keeping in mind that your time can be a powerful mean of achievement is imperative for getting something worthwhile out of these three months. It is not sitting at the desk that makes you into a better person, or lying at the seaside that gets you relaxed, but the question of whether or not you are learning or taking a step back from reality. If we are to deem reading, painting or in broader terms — the nerdy stuff „uncool”, it is because we fail to see the big picture of individuals bent on making an accomplishment in those particular fields. And on a larger scale, we do not necessarily cultivate the idea of a holiday undergone in such an out there way; we just wish to have accessible fun, since we are so used to associate mental workout with the inertia of routine. And since you are so deep into this article, by now you have probably realized that I have discarded the aforementioned notion, because I kid you now, I adore learning. The idea of erecting a fortress made out of artist easels and making myself its ever busy sovereign is not only irresistibly delightful — it also bears the notion of exotics, simply due to my occupation with college throughout the rest of the year. If it sounds nerdy, that is only because it is.

O tym rzecz jasna nie powinienem nawet wspominać, lecz idea tradycyjnych, prostoliniowych wakacji nie jest dla mnie czymś godnym pożałowania. Zwyczajnie usiłuję zaznaczyć, że często zaglądamy do niewłaściwych miejsc, próbując okiełznać ogromne pokłady wolnego czasu. Jedna z postaci w powieści młodzieżowej Rafała Kosika, Felix, Net i Nika oraz Pałac Snów, wypowiedziała się, że o powierzchni Marsa wiemy więcej niż o powierzchni naszych własnych mózgów. I trzeba przyznać, że jest w tym coś skłaniającego do namysłu, biorąc pod uwagę jak wiele wolnego czasu może nam przepłynąć przez palce jako efekt złego planowania. Pomimo że jestem być może nadwrażliwy w tym temacie, nie mogę otrząsnąć się z uczucia, że zeszłoroczne wakacje spędziłem najlepiej, jak tylko mogłem. Czasami jedna minuta autorefleksji wystarcza, aby przemienić nie najlepszy dzień w kompletnie rewelacyjny dzień; co się stanie, gdy będziemy mieć do dyspozycji aż trzy miesiące pełne takich minut?

This goes without saying, but I obviously do not condescend the idea of traditional vacation; I just wanted to point out it is often that we look into wrong places while driven by the overwhelming luxury of free time. One of the characters in Rafał Kosik’s novel Felix, Net and Nika and the Palace of Dreams claimed that we know more about the surface of Mars than we do of our own minds and there has to be something legitimate about that statement, considering how much time often slips in between our fingers due to poor planning. Though perhaps I am oversensitive in this matter, I still cannot shake off the impression I completely could have not spent my last vacation any better. Sometimes just a minute of self-reflection can be enough to turn a bad day into an astonishing one; what if we had three months full of them?

Now to translate all of this into Polish… sigh.

Ciągle ten angielski / This English again

nox_wtf_english

Uwaga: Ten blog pisany jest na zasadach barokowej interpunkcji. Jeżeli nie podobają ci się moje przecinki, proszę napisz mi o tym w komentarzu; ale nie licz, że zmieni to mój sposób pisania.

Jak daleko tylko sięgnę pamięcią, wszystkie nerdowskie rzeczy były od zawsze mojemu sercu najbliższe. Osobom, które poznały mnie już po okresie gimnazjum, z pewnością trudno byłoby uwierzyć, że ktoś taki jak ja był niegdyś po kolana w świecie kompletnie utkanym z fantazji różnych maści. Podczas gdy wszystkie dzieciaki na ulicy jeździły na rowerze, wyciągały od rodziców pieniądze na batoniki i robiły wszystkie inne ludzkie rzeczy, ja gniłem w swojej pieczarze i ze spokojem psułem wzrok. Naprawdę — wszystko to, co kojarzy Ci się z szeroko rozumianym geekiem — nadwaga, wada wzroku, jąkanie się, ekstremalna aspołeczność, you name it — ja taki byłem.

As far as my memory goes, I have always had a soft spot for all things nerdy. People who came to know me in high school or later would have a hard time believing that I in fact was balls deep into fantasy of all sorts. While the kids in my neighbourhood would ride a bike, get their parents to lend them money or everything else you think a kid would do, I was hanging out in my den, dullening my eyesight. I’m serious — everything you would attach to a geek, like stuttering, obesity, poor eyesight, you name it — I was there.

Wszędzie tam, gdzie “normalni” ludzie otaczali się przyjaciółmi, formowali więzi społeczne, wychodzili na dwór, ja otaczałem się grami wideo, a później także kreskówkami i filmami. Ale co do tego ma angielski?

Wherever the ‘ordinary’ people would surround themselves with friends and make social bounds, I was surrounding myself with first video games, then as well as cartoons and movies. But wait now, what does it have to do with English?

Cóż, właściwie to… wszystko.

Well… everything, really.

W krajach takich jak Niemcy czy Francja, gdzie na przekłady dóbr kulturowych wydawane są znacznie większe pieniądze niż u nas, dubbing jest o wiele bardziej rozpowszechniony. Nawet gdy graliśmy w tytuły zakupione w Polsce, sprzedawane w polskich sklepach, istniało duże prawdopodobieństwo, że tłumaczenie nie sięgało dalej niż do napisów. (Oczywiście warto przytoczyć tu tak niebagatelne przypadki jak Neverwinter Nights, Original War czy Twierdza, których polskie wersje językowe wręcz inspirują nas do dumy narodowej). Ergo nawet nie znając angielskiego, tak czy inaczej polski gracz był “narażony” na paranie się językiem obcym. W moim eseju na historię gier wideo napisałem, że nieodłączną częścią pykania w strategie czasu rzeczywistego jest wysłuchiwanie godzinnej mantry w postaci komunikatów o zakończeniu szkolenia jednostek, zakończeniu wznoszenia budowli czy odzywek wojaków, znajdujących się pod naszą komendą. Gdyby tylko uczenie się gramatyki historycznej było takie przyjemne!

You know in countries such as Germany or France where the national budget for translating cultural goods is way higher than over here in Poland, dubbing games and movies is way more mainstream. Even back when we played games bought in the country, there was a high probability that the translation would not go anywhere beyond the subtitle phase. (Here it’s important to mention games like Stronghold, Neverwinter Nights or Original War — these translations were awesome). Therefore even without having the need to speak English, the Polish player was regardless exposed to confine themselves to the foreign language. I have mentioned in my video game history essay that an inseparable element of playing an RTS is listening to the mantra of units going about ‘construction complete’, ‘unit lost’, ‘reporting for duty’ etc. Imagine if studying grammar history was that cool.

Pamiętajmy, że mowa jest o początku obecnego stulecia; nie było jeszcze League of Legends ani Overwatcha, których polskie tłumaczenia skutecznie eliminują ten pierwiastek obcowania z angielskim. Ale gry takie jak Warcraft II: Tides of Darkness czy Command and Conquer były co najwyżej tłumaczone wizualnie i jako dziecko oswajałem się z natywnym językiem tych gier na porządku dziennym — nawet gdy niewiele z tego rozumiałem. Do tego nie wspomniałem nawet o lwiej części tych tytułów, z którymi miałem styczność tylko po angielsku. Tutaj chciałbym przytoczyć sytuację z piątej klasy szkoły podstawowej, kiedy to na pierwszych zajęciach nauczycielka zapytała nas o znaczenie wyrazu spell. Jako egzemplifikowany nerd odparłem bez zająknięcia, iż spell oznacza “zaklęcie”. Lekko skołowana nauczycielka przyznała mi rację, po czym sprostowała, że w tym kontekście chodziło o szatkowanie wyrazu na pojedyncze litery (to spell).

Do not forget that I specifically have in mind the beginning of the current century. Games with astonishing Polish translations, such as League of Legends or Overwatch, were not around at the time. But games such as Warcraft II: Tides of Darkness or Command and Conquer were at best translated via visuals and as a child, it forced me into getting accustomed to the language. And I have not even mentioned what it was like when you came across games available exclusively in English. Here it reminds me of this one situation at the grade school when the teacher asked us what does the word ‘spell’ stand for. I humbly explained that it stands for a magical word one utters in order to summon something, preferably a devilish force. The teacher reluctantly complied, and slowly said she meant the other definition — to spell rather than a spell.

Ale dlaczego ma to wszystko jakiekolwiek znaczenie? Przecież granie jest dzisiaj czymś powszednim, i bynajmniej nie przynależącym ekskluzywnie do dominium dewiantów społecznych. Co więcej, nie każdy gracz, nawet starszy, może pochwalić się w swoim życiorysie biegłością angielskiego, i te dwie kategorie nie są od siebie (bezpośrednio) uzależnione. Jakie więc to miało znaczenie dla mnie? Dlaczego to gry oskarżam o tak bezlitosne wykrzywienie mojej polszczyzny dziesiątkami zapożyczeń? Dlaczego to gry sprawiły, że w tak wielu moich nietrywialnych wypowiedziach muszę posiłkować się zdaniem “ach, jak to powiedzieć po polsku?”.

But why does it even matter at all? Of course gaming is something not out of common nowadays and gaming alone does not make you learn foreign languages. These two categories are not directly related to each other. What does it have to do with me then? Why do I accuse video games of twisting my language so badly that I keep inserting ‘how do I say that in Polish again?’ into every twentieth sentence?

Rzecz w tym, że angielski był (i dalej jest) dla mnie endemitem o wartości takiej samej, jak japoński dla przeciętnego otaku w kulturze zachodniej. Tam, gdzie kończyła się moja skądinąd tandetna proza życia codziennego, tam zaczynał się mistyczny, niecodzienny Angielski; ten język świata fantasy, do którego tak frenetycznie się uciekałem przez właściwie większość dzieciństwa. Wiele razy powtarzam to zdanie: Większość moich dobrych doświadczeń życiowych miała miejsce na gruncie języka angielskiego. Gdy możemy zamknąć się w pokoju i odepchnąć od siebie cały świat, który — w naszych oczach — gardzi nami i jest nam daleki od zrozumienia, siłą rzeczy zaczynamy oswajać to, co czyni nas “dziwolągami” w pryzmacie normalności.

The thing is, English has always been this kind of magical commodity that serves a similar role to an otaku in the US. Of course, where the tasteless prose of my life ended, the uncanny world of English opened up; this language of fantasy that I would so frantically escape into for the majority of my childhood. I have said this many times: Most of my good life experiences have been enrooted in the English language. When you can lock yourself away from the world you believe despises you (and is far from being able to grasp you, for that matter), of course you will gravitate towards whatever makes you into this ‘weirdo’ that everybody believes you to be.

Jest w tym coś bardzo, powiedziałbym, animalistycznego. W takim rozumieniu, moje uwielbienie do języka angielskiego wywołały te euforyczne momenty, podczas których faktycznie czułem się dzieckiem — powiedziałbym nawet, że angielski jest poniekąd językiem mojego dzieciństwa. Tak samo jak dla zauroczonego w anime otaku najpiękniejszym językiem świata jest japoński, gdyż przypomina mu o tych wszystkich niefrasobliwych momentach, jakie spędził wśród bohaterów swoich ulubionych seriali. A gdy naprawdę czujemy miętę do języka, poznawanie go przychodzi w naturalny sposób, zwłaszcza w sytuacji nie istnienia danego dzieła kultury w jakimkolwiek innym wymiarze. Jeżeli kochasz świat przedstawiony w Spyro the Dragon, to kochasz ten świat jako fikcję napisaną w języku angielskim, w duchu kultury amerykańskiej, przez osoby, których światopogląd został wyżłobiony przez życie w Stanach Zjednoczonych. Angielski w mojej głowie przez długi czas nie był więc niczym więcej jak zlepkiem wspomnień, które zupełnie przypadkowo pozwoliły mi także na posługiwanie się tym językiem na znacznie większym obszarze.

I would say there is something animalistic in all of this, in a sense that my reverence for English was originally set afire by these euphoric moments. I would even go as far as to say English is indeed the language of my childhood; as much as Japanese is to an otaku so deeply obsessed with all the anime characters he feels are there for him. And when you do have a soft spot for a language, getting to know it comes naturally, especially when you are not able to experience the same work of art on a different linguistic surface. If you love the world presented to you in a Spyro game, then you do love it as a work of fiction written in English, by English-speaking people who grew up in an American society. And for that reason, my English — for a long time — was nothing more but an amalgamate of memories that accidentally also allowed me to communicate people on a wider scale.

Ani mój polski, ani mój angielski nie są w tej sytuacji tak dobre, jak mogłyby być w środowisku bardziej homogenicznym. Ten amalgamat języków, jakiego jestem znakomitym przykładem, jest z pewnością znakiem naszych czasów i potrafiłbym zrozumieć każdego, kto spojrzałby na moje umiejętności z pewną powściągliwością. Oczywiście nie krępuję się tego i w praktyce te niebywałości językowe nie uzewnętrzniają się aż tak często. Spuszczając kurtynę milczenia na moją historię obcowania z angielskim, mogę jedynie z całą szczerością wyznać, że biegle posługuję się obydwoma językami — i dopóki nie otrzymuję pytań o sekrety mojej wiedzy, czuję się z tym bardzo komfortowo.

Neither my Polish, nor my English are as good as they could have been, had I grown up in a more homogeneous environment. This mixture of two languages that I have come to make use of could as well be a sign of our times and I would not look down on anyone not particularly excited about how I did learn this language. I do not mean to say I am embarrassed by it, since these nuances are not that apparent. Not mentioning the history of my relationship with English, I’m all good with stating I’m fluent in both of these languages, so long as nobody asks me on the secrets behind my studying method.

Mógłbym jeszcze wspomnieć coś o testach językowych oraz o moim skrajnie negatywnym nastawieniu do sposobu, w jaki ewaluują one wiedzę, ale wyjdę wówczas na jeszcze bardziej cynicznego, niż na ogół jestem postrzegany. Dzięki za przeczytanie tego wszystkiego!

I could probably rant on about language tests and why I think they have nothing to do with evaluating your language abilities, but then I would probably turn out even more unnecessarily cynical. Therefore, thanks for reading!